od początku

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bretania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bretania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

krasnal przed lustrem

Dawno dawno temu, gdy ludzie mieli jeszcze czas i nie siedzieli w ogrodach, tylko w internetach, Taba Aza napisała, jak to sobie krasnala nabyła. Zawczasu zasłoniła się gardą "ludzie robią gorsze rzeczy", usprawiedliwiła nienachalną urodą krasnoludka i odwołała do jednego z poprzednich postów, w którym pisze:
"Co teraz się porobiło, krasnal ogrodowy od paru lat tracił popularność na rzecz innych ozdóbstw ogrodowych. Degradacja krasnala nie spowodowała jednak że ogródki w Polsce w tym czasie  jakoś nadzwyczajnie wypiękniały. Są jakby nawet mniej ciekawe niż były, w końcu krasnale stanowiły jakiś punkt zaczepienia dla wzroku  w tym zalewającym Pol -Ogrodolandię morzu trawniczków i tuj. Szczerze pisząc jak dla mnie jest gorzej niż było. Polbruk, trawnik ( najlepiej z rolki ), obowiązkowy iglak w charakterze żywopłotu i zastępca krasnala ( co tam kto lubi ) w charakterze zdobnictwa ogrodowego -  tak to teraz wygląda jak człowiek się po ogródkach przydomowych pogapi. Zieleń miejska znaczy z elementem kojarzonym  "z ogrodowością". Smętne to jak przedstawicielka najstarszego zawodu świata na zasłużonej emeryturze. Krasnale były przynajmniej jakieś, w złym guście jak to się teraz o nich mawia, ale jakieś. Nie wiem czy ludzie czują że w sumie rzecz uważaną za kicz zastąpili kiczem innego rodzaju, masowo powielają obrazki z lat osiemdziesiątych XX wieku jakimi reklamowały się firmy deweloperskie w Niemczech Zachodnich. To właściwie nawet nie kicz, w końcu ten jest bratem sztuki, to coś znacznie bardziej smutnego - wyobraźnia unicestwiona. Marzenia o lepszym życiu ( och,  tam na tym Zachodzie ) skrzyżowane z brakiem czasu i potrzeby otaczania się czymś wyjątkowym. "Ładność", porządek i zieleń  instant - tak wygląda większość nowo zakładanych "ogródków przydomowych" w miastach. To właściwie nie są ogrody tylko przydomowe tereny rekreacyjne z niewiadomych przyczyn nazywane ogrodami. Mało kto sadzi jakieś byliny,  drzew liściastych to najlepiej się pozbyć bo to tylko panie tego...... robota. Dobrze jest postawić donicę z czymś kwitnącym i kolorowym i żadnego krasnala bo to kicz. A jak krasnala nie ma to taki "ogródek" to już nie jest kicz tylko "piękno jak z  żurnala". Krasnal unicestwiony i oto pięknieje nam ogrodowa Polska! Wcale nie pięknieje, jest nadal brzydka i sztampowa do bólu, zatyka banałem i bylejakością.  To właśnie bylejakość jest najgorszą zmorą naszych zielonych terenów przydomowych a nie krasnale same w sobie."
Cytat długi, ale tak w sedno, że trudno skrócić (podkreśliłam ważne imo), warto przeczytać całą historię krasnala. Wynika z niej bowiem, że nie trzeba się z niego tłumaczyć.
Zdaję sobie sprawę z  brzydoty, banału i bylejakości polskich ogrodów, właśnie oglądałam liczne strony firm ogrodniczych, na których z założenia powinny się znaleźć najlepsze realizacje. Napisaliśmy tu po drodze wiele słów, skąd się to bierze (brak wzorców, brak odwagi i wyobraźni, różne lęki- tak klientów, jak projektantów), pora coś z tym zrobić :-)
(nawiasem. Piszecie- wydaj bloga. Byłby połową siebie bez waszych komentarzy, bez dialogu, cytowań i zazębień, niech zostanie, jak jest, bytem interaktywnym, salonem i przestrzenią dyskusji. Komentarze są lepsze niż wpisy ;-) liczę na to, że znów zgarnę je z całych internetów, bo jesteście niezawodni, a mnie podsuwają kolejne interesujące społeczność tematy).

W komentarzach pod pierwszym linkowanym wpisem Taba Aza dodaje "Dlaczego zardzewiałe pręty i dzyndzoły na wietrze są cool, a krasnal mający za sobą trzysta lat ogrodowania jest be? No i to nabożne zachwycanie się nowymi ozdóbstwami. Kicz to jest wszędzie, trafia się tak samo często wśród "oszczędnych w wyrazie" nowych ozdóbstw jak i wśród tych tradycyjnych. 
Tak naprawdę to ja się nie tłumaczę, ja tu , qrczę, razem z Wolfgangiem walczę z pewnym zadęciem, poczuciem wyższości i pewności że to co tryndne jest super, hiper i w ogóle. Nie jest, zazwyczaj jest do doopy. Rzadko trafiają się ogrody z nowoczesnymi ozdobami tak wpasowanymi w ogród, że kładą na łopatki."

TAK. Niestety.
Niestety to, że zachwycamy się "nowym" (jelenie z cortenu i inna "sztuka zaproszona do ogrodu") i że tak rzadko to nowe jest piękne, wartościowe, artystyczne.

Co można z tym zrobić?
Może uprościć? postawić na autentyczność? olać sny o potędze i zadęcie, które jest w ryneczkach małych miast wybrukowanych od a do z, ze świecącą fontanną i katalpami w donicach, w białych żwirkach starannie oddzielonych od trawnika w przydomowym ogrodzie, nawet w starannie wyplecionych z lawendy... nie wiem, jak to się nazywa... takich maczugach do szafy- ułożonych w wiklinowym koszyczku. Tytułowe lustro- w ramce z bukszpanu, z przeglądającymi się w nim hortensjami- to też już męcząca kalka.
Do zilustrowania tryndu, w którym przedmioty (niechby i krasnale) znajdują nowe zastosowania i czują się w ogrodzie swobodnie, idealnie nadają się fotki z ogrodu Kasi- leloop i przez nią przysłane- z innego ogrodu.
Też tak macie? gąszcz wszystkiego, nieplanowo wsadzone ulubione rośliny, dosadzone te kupione impulsywnie i dziury po tych, które wypadły? nieuczesany, niedoplewiony, nieokiełznany, ale radosny busz?
To witajcie w klubie, taka jest też Moheria. Wbrew pozorom, po prostu mam w niej więcej czasu na robienie zdjęć ;-)
To ogród, który się nie lansuje, nie stoi na ściance, obejmuje nas z wdziękiem, a my możemy spuścić powietrze. Może w waszych ogrodach brakuje wykładzin na ścieżkach, ale zapewniam, że gdybyście mieszkali w Bretanii (ciepło- wilgotno- plewienie przez 11 miesięcy w roku), to też byście mieli.

W innym poście Taba Aza (jakże inspirująca) przywołała czar dawnych ogrodów, w których niedostatki w wyborze roślin zastępowano "innym pięknem" (łabądki z opon, kamienie malowane na biało- to wszystko dzieje się także dziś, jakby ktoś przeoczył, i to w kontekście coolu i oldschoolu). Wpis nieco prześmiewczy, ale ile emocji w komentarzach! jaka nostalgia!
Może więc dopuścić do głosu nasze sny?
Łóżko bretońskie ;-) pod baldachimem z powojnika.
Sabotek.
Doooniczki?
Póółeczka broneczka?
Sen o winie reńskim.
Domek dla skorków?
Corten zbrojeniowy.
Opornik dla węża. Też już mam.
Sen księżniczki.
Sen o nowym dniu.
Sen o zimie.
Mój sen.
Żeby umieć to zrobić, a nawet tego DOKONAĆ, musimy chyba zmienić myślenie o sobie. Przypomnę dyskusję pod postem o ogrodach ambiwalentnych, w której, jak w życiu, zarysował się podział na inwestorów i ogrodowych profesjonalistów.
Inwestorów vs profesjonalistów, chociaż to nieprawda i nie powinno tak być, przecież łączy ich wspólny interes- żeby było dobrze.
Wiedzę o tym, co siedzi w głowach profesjonalnych ogrodników/projektantów, można czerpać z prowadzonych przez nich profesjonalnych blogów/stron, no bo skąd. I rzeczywiście jest tak, że wielu z nich, jak zauważyła Ania, "napawa się własnym poczuciem wyższości wobec plebsu" i narzeka na "gust ogrodowy rodaków". Zdarza się "nieznośny brak pokory i przybieranie póz autorytetu przez naprawdę bardzo młode osoby".
Być może winien jest niedemokratyczny przekaz zawarty w samym pomyśle, że ogrodnik- amator to ogrodnik gorszego sortu, być może inny, też niedemokratyczny- że mamy się za kogoś lepszego, to zawsze drażni.
"Nie zatrudniaj pana Zenka, profesjonalny ogrodnik zrobi ci to lepiej"- nie sondze, pacząc na to, jak wywija narządami w zajawce tv zwanej "felietonem". Co zrobi lepiej, to zrobi, i to pod warunkiem, że naprawdę profesjonalny. Nie dalej jak kilka dni temu usiłowaliśmy odtworzyć (na przyszłość, nie na już) pokrój klona palmowego i kaliny japońskiej, ciętych przez kilka sezonów na kulki przez "profesjonalistów". Może ktoś sprawniej od pana Zenka położy trawnik z darni, szybciej posprząta, ale to nie jest fizyka kwantowa.
"Jestę artystą"- płachta na byka. Artystą się bywa, nie nam to oceniać. Nawet jak ma się na to papier.
"Jestem architektem krajobrazu"- tak, skończyłem takie studia, na których, czysto teoretycznie, przygotowano mnie do rozwiązywania problemów, z którymi w rzeczywistości raczej się nie spotkam. Nie w Polsce. Za to spotkam się z takimi, o których moi wykładowcy- teoretycy nie mieli pojęcia.
W komentarzach pod poprzednim postem Ewa: "Żeby jeszcze pomarudzić, dodam "projektantów ogrodów po kursach lub z pasji", którzy o krajobrazie i jego znaczeniu oraz elementach nie wiedzą nic, radośnie "projektując" co sobie klient życzy i chce (choć sam najczęściej nie wie co chce)." Dodam, że nie dotyczy to tylko "projektantów po kursach lub z pasji", archikraje po studiach TEŻ nie miewają pojęcia o krajobrazie, bo nie wystarczy wiedzieć.
Ogrodnik- to dla mnie i za mało, i za wiele. Za dużo, bo wielu z was, czytelników i znajomych, lepiej zna się na uprawie, gatunkach i odmianach roślin, niż ja. Za mało, bo ogrody to nie tylko rośliny.
Pozostanę chyba przy tym odkopanym ogrodniku- pezjzażyście ;-)
Życzmy sobie- amatorzy, ogrodnicy, pejzażyści- odwagi. Spontaniczności. Otwartości na zmiany. Spełnienia sennych marzeń.
Pozdrówka, Megi.
Tymczasem u nas: klik, klik, klik. Następnym razem o pielęgnacji ogrodu :-)

wtorek, 5 stycznia 2016

moja Bretania

(chociaż powinno być moja Bretonia, prawda?)
Mam kilka powodów, by napisać ten post:
- żeby zacząć nowy rok wizją pięknej podróży,
- żeby Kasia miała rację, że napiszę o Bretanii WRESZCIE w jakieś ŚWIĘTO,
- żeby wprowadzić w klimat przyszłych (...) postów o egzotycznej florze i ogrodach,
- żeby pamiętać. Cokolwiek. Porobiło się tak, że zdjęcia i blog są moją zewnętrzną pamięcią, inna przeszłość nie istnieje, gdzieś uleciała. Może to dowód na to, że skutecznie udaje mi się żyć w teraźniejszości, a może na co innego.

Zatem
La Bretagne (Breizh en breton ou Bertègn en gallo) est une région géographique, historique et administrative située sur le territoire actuel de la République française. C'est une péninsule qui se trouve à l'extrême ouest du continent européen. Avec plus de 2 800 km de littoral très découpé, entre la Manche et l'océan Atlantique et occupe l'ouest du Massif armoricain.
A ja nie lubię czytać przewodników. Ani blogów podróżniczych. Zieeew... i zawsze przed wyjazdem mam tyle na głowie, że wyjeżdżam jako ta tabula rasa, wszystko mnie dziwi i zachwyca.
(oczywiście, nie twierdzę, że blogi podróżnicze są niedobre. Taka Bretonissime raczej potrafiłaby mnie zachęcić.)

Tak było ze Szwecją, byłam tam już dziesięć razy, a do tej pory pamiętam intensywne pierwsze wrażenie, stłuczkę wyobrażeń z realiami. Sprawdziło się i w Bretanii. Polecam metodę :-)

Zresztą "przez Szwecję" poznałam Kasię- leloop, a Kasia, okazało się, ma dom do wynajęcia.
Nad Oceanem.
I jak, na pełnej świadomce, nie nadużywam w życiu wielkich liter, tak Ocean na nie zasługuje. Wiedziałam o tym, zanim ją zobaczyłam.
Mogłam na nią, Ocean, patrzeć każdego poranka.
Lipiec 2015.
 A to dom i ogródek:
sooo French!
Centhranthus ruber.
przyprawowy Laurus nobilis tuż przy wejściu :-)
Perowskia i wrzosiec.
Cynobrówka- montbrecja
i groszek szerokolistny.
Bretania jest daleko.
Leży w odległości kilku audiobooków (w Niemczech był to "Dojczland", czarne bmw sunęły czwartym pasem symultanicznie z opisem), wielu mroźnych stacji benzynowych z obrotowymi kiblami (Dojczland), jednego noclegu w parku przemysłowym, licznych upalnych stacji benzynowych z muchami drepczącymi po tostach (Fr) i 200 bardzo długich kilometrów od Rennes.
Dokładnie nie wiem, gdzie leży, bo na wszelki wypadek nie rozłożyłam całej mapy.

Bretania jest z kamienia.
Charakter prehistorycznych megalitów nie był jasny do czasu, aż zakwalifikowaliśmy je jako cmentarze. Tyle lat na nas czekałaś, Bretanio.
Alignements w Carnac.
Kamienie kamieniami, ale jaka przyjemna murawa, prawie łąka kwietna :-D z jej powodu nie można chodzić ot tak sobie, tylko za euro z przewodnikiem. Oszczędzaliśmy murawę.
Kamień bywa tynkowany lub nie, ale zawsze jest barwnie stonowany. Szare mury, grafitowe łupkowe dachy, szaleństwo kolorystyczne tylko w okiennicach (najczęściej niebieskie lub ciemnoczerwone, zdarzają się różowe, koralowe, białe, turkusowe).
Jakie to dobre jest w porównaniu z naszym rodzimym krajobrazem, co za ulga, prawdziwe wakacje. Po kilku cudownie szarych miastach pojedynczy żółtawy budynek rzuca się w oczy jak papuga.
Kaplica na cmentarzu morskim.
Do budynku przytula się zewnętrzny piec chlebowy.
Budleja Dawida i hortensja piłkowana, jakby kto pytał o rośliny.
Kominek w pokoju, którego już nie ma...

Fotki z miejscowości: Locronan, Le Pouldu, Quimperlé, Guémené-sur-Scorff, Concarneau. Jakby kto chciał zwiedzać :-)
Kamień plus różnice poziomów równa się mury.
Plus duża wilgotność powietrza i wysoka średnia temperatura roczna równa się mury równo zarośnięte. Zielone ściany bez wysiłku, plewienie w pionie w pakiecie.
Umbilicus rupestris
Języcznik zwyczajny, Phyllitis scolopendrium. U nas rzadka paproć, tam rośnie w każdej szczelinie. Niesprawiedliwe jak szlag.
Zieleń miejska :-D
Mostek w stylu Indy Jonesa.
Cymbalaria muralis, stanowczo do wyplewienia.
Bretoński kamień to granit, łupek, rzadko piaskowiec.
Granit jest inny od skandynawskiego, twardych orzechów niezgryzionych przez lodowiec. Ten jest miękki, wietrzejący, strzępiący się na klifach, poddający się obróbce do detali, układający się w gładkie ściany.
Zlew taki?
Basia chętnie fotografowała maszkarony...
... TP miał jednak ambicję ujęcia DWÓCH maszkaronów na jednym zdjęciu.
Piaskowiec z dendrytami.
Zastanawiałam się, dlaczego w budownictwie stosowano zimny, ciężki, trudny w obróbce kamień, a nie drewno czy cegłę.
Uświadomiłam sobie jednak, że Francja kamieniem stoi. Jej stare, zwietrzałe masywy oferują idealny budulec, a gliny jest bardzo mało.
Kamień leży prawie na powierzchni, a drewno zawsze było czyjeś i deficytowe.
No i fatalnie zachowuje się w wilgotnym atlantyckim klimacie.

Bretania jest celtycka.
To ciekawa część jej historii, widoczna w pociętym zadrzewieniami śródpolnymi krajobrazie, budownictwie, wciąż żywym języku i kulturze. Bardziej kojarzy się z Brytanią, niż z Francją.


Widać ją w tańcu.
Prosty schemat imprezy (cóż, że dla turystów) złożonej z kawałka łąki, straganów z naleśnikami, bułami z bekonem i winem (nabywanymi za żetony, bez użycia kas fiskalnych), przaśnych rozrywek typu trafiania kulą do dziury lub drewnem w butelkę, śpiewów i tańców spodobał nam się tak bardzo, że szukaliśmy aktywnie tego typu atrakcji.
Na trawie
i na scenie
po pewnym czasie tańczą wszyscy- dzieci uczą się kroków, nastolatki je znają!! i dobrze się bawią, a panie z zespołu są takie stylowe, urękawiczone i ukoronkowane w upale.
La vie.
Impreza przeciągająca się w noc (a noc w lipcu na najbardziej zachodnim krańcu Francji nadchodzi naprawdę późno) nazywa się fest noz.
Wiem, że wygląda to trochę jak z folderu, ale jest bardzo autentyczne.

Bretania jest francuska.
Co prawda znane ze słyszenia brocante i inne szpery zawiodły sromotnie, drogo i ubogo, nic nie kupiliśmy i płakaliśmy za szwedzkimi i duńskimi szpejowniami
(największą atrakcją tej pozornej obfitości okazała się porcelana KPM)
suweniry się nie nadawały
a porcelana, z braku dobrej gliny, nie jest francuską specjalnością
(podobno tradycyjne bretońskie wzornictwo)
(wytwórnia ceramiki i sklep)
- to inne atrakcje kojarzone z la douce France owszem, eksplorowaliśmy.
Prawdą jest, że nie do końca wstrzeliliśmy się we francuski rytm dnia- le petit déjeuner, le plat du midi i tak dalej- ale się staraliśmy.
W południe dobrze się jeździ po pustych drogach, ale lanczyk później już tylko tak można zjeść...
W każdym razie- zakupy na sobotnim marché zaliczone, czyli kolejne plus dziesięć do lajfstajlu jest.

Bretania jest katolicka. I stara.
Może to mało odkrywcze, ale po dziesięciu latach wakacji w Szwecji wydaje się odróżniające.
Co prawda ogarnianie zabytków to dla mnie za wiele
ale podobał nam się schemat wsi i miasteczek, niemal nieodróżnialnych dzięki niemu (i dzięki szarości)- koronkowy kościół w centrum, zwarta okoliczna zabudowa, wyraźne granice. Nie ma to tamto, widać, że ktoś to założył.
(święte źródełko)
(oczyszczające przejście do świętej strefy)

Bretania jest łagodna.
Przede wszystkim jest pełna światła. Świetlista nawet w pochmurny dzień (hmmm, w lipcu. Nie jestem pewna, czy teraz.)
To światło, zapewne związane z otaczającym półwysep Oceanem, przyciągało w swoim czasie malarzy.
Wtedy i teraz. To samo miejsce, inny czas.
I kiedy letnie słońce świeci z całych sił, Bretania jest południowa.
Kojarzy się z Grecją (nie byłam), Toskanią.
Skojarzenie z Toskanią jest uzasadnione. Nie spodziewałam się (nie wiem, dlaczego właściwie) tak bujnej, prawie tropikalnej roślinności. Praktycznie nie ma tu mrozów, dużo pada, więc rośnie mnóstwo egzotów, które często stają się inwazorami.
Poznawanie bogactwa flory stało się motywem przewodnim wakacji i kilku kolejnych postów pod etykietą "Bretania".
Już natychmiast muszę jednak wspomnieć o roślinach, którym wybitnie służy ta ogólna wilgoć.
O hortensjach.
Bo takich u nas nie zobaczycie, żadne podlewanie ani okrywanie nie zapewni tak masowo kwitnących, spektakularnych krzaków, wyrastających z wetkniętej w ziemię gałązki.
Inne dowody na łagodność klimatu to inwazyjne budleje porastające nieużytki i przydroża
 palmy w gruncie
oraz kosaćce wykorzystane jako element odwodnienia dachu (myślałam, że jest to dziko rosnący w Bretanii Iris foetidissima, ale w zbliżeniu na zdjęciu liście wyglądają na kosaciec bródkowy. Można w ten sposób stosować różne irysy.)

Bretania jest rolnicza. I leśna.
Rolnicza jak większość Francji, ale nie tak wielkoobszarowo. Miedze, zadrzewione drogi i zagajniki tworzą przyjazny, mozaikowy krajobraz.
Wszechobecna orlica. Przez kilka lat bezskutecznie próbowałam to zapuścić w Moherii, jednak przyjrzawszy się możliwym skutkom- zrezygnowałam.
Z jabłek robi się cydr. I uprawia się tradycyjne, wysokopienne drzewa.
Ściana lasu. Najczęściej dosłownie ściana splątanego gąszczu ostrokrzewu, kasztana jadalnego, laurowiśni, kolcolistu, lauru i orlicy.
 Oczywiście poza tą krainą łagodności jest jeszcze wstrząsający krajobraz klifowego wybrzeża.

Tak to przelecieliśmy się po historii, folklorze, geologii i klimacie regionu.
Subiektywnie, no ale to moja Bretania, ledwie dotknięta.
Jedno z miejsc, w których szukałam dowodów na jedność i różnorodność świata.
Już ulubionych miejsc :-)

I jak- pojechalibyście? Zanęciłam was?
Rozsiadam się wygodnie i czekam na propozycję od wszelkich organizatorów turystyki, którzy na podstawie tak lajfstajlowego posta zasponsorują mi przyszłe podróże.
A jakie to święto mamy właściwie?
Bo w Bretanii to wiadomo- Światowy Dzień Odnalezienia Rudego Kota, Który Był Na Kilkugodzinnym Gigancie.
Pozdrówka, Megi.