od początku

wtorek, 7 marca 2017

ciąć albo nie ciąć, oto jest pytanie

Nie miało być takiego wpisu. Nie teraz, kiedy to taki łatwy temat, rozgrywany politycznie ("posadź drzewo na złość" itp. Nie wierzcie politykom!), wszechpowszechny jak martwa wiewiórka, oczywisty jak orientacja.
Może jednak żyję w jakiejś bańce, skoro spotykam się z pytaniami, czy to dobrze, czy źle, ta ustawa, która pozwala wycinać drzewa praktycznie bez ograniczeń.
Źle, z całą pewnością źle. Wiem, że w innych krajach wycinać można- ale jakoś nikomu tam nie przychodzi do głowy, żeby stuletni dąb poszedł na opał. Wiem, że ludzie chcieliby mieć pewność, że będą mogli usunąć posadzone drzewo- ale w praktyce wycinają lasy, których nie posadzili. Wiem też z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że ustawa jest ustawką, a tymczasem tnie się też Puszczę i zasiedlone przez ptaki drzewa w lasach...

Wiecie, co jest najgorsze?
To nie Szyszko tnie, ani nie #lexszyszko (patrz też #PolskawTrocinach)
To my.
Zmanipulowani przez politykę, ogarnięci jakąś szaloną wizją sprawczości, kompulsywną potrzebą kontroli, usprawiedliwiający się tym złem, które czynią nam drzewa- koniecznością sprzątania liści, plewienia siewek...
A drzewa patrzą na nas.
Co możemy zrobić, jak rozładować to napięcie?
Nie mówię, że MY (jako firma) nie wycinamy. Owszem, zgodnie z "klauzulą sumienia", ale są sytuacje, kiedy wycinka jest konieczna. Wszystkie zimowe cięcia robiliśmy na podstawie zezwoleń wydanych w zeszłym roku- to nieprawda, że trudno je było uzyskać. W uzasadnionej sytuacji pozwolenie było pewne.
Świerki posadzone blisko domu i zacieniające okna, wcześniej przez kilka lat okrzesywane.
Zagęszczona brzezina.
Orzech- na wycięcie drzew owocowych poza strefą ochrony konserwatorskiej nie było potrzebne pozwolenie.
Tak się nie powinno ciąć żywotników, ale ich zwężenie było konieczne (wąska droga dojazdowa). Pnie w ciągu kilku lat nieco się zazielenią, ale jednak podsadzimy je bluszczem.
Ten żywopłot przytniemy już "normalnie"😏
Lepiej sadzić, niż wycinać.
Zimą mieliśmy okazję zaprojektować posadzenie niemal tysiąca dębów (oraz jarzębin, dereni świdwa i róż- nie pytajcie o dobór roślin, szczególnie tych jarzębin. Odgórny.) w pięknym terenie.
Pierwsze zdjęcia z nowego aparatu. Praktycznie uczę się wszystkiego na nowo.
 Na terenach tych żyją bobry, nie uważane tam za niedobry
Żeremie😇
bo wycinają drzewa😉
Ot, paradoks.
Był to projekt nasadzeń zastępczych za usunięte wcześniej drzewa. To również było dobre w "starej" ustawie- konieczność uiszczenia opłat (które, przynajmniej w teorii, przeznaczane były na zieleń) lub wykonania nasadzeń zastępczych, i to niekoniecznie tylko "drzewo za drzewo".

POZYSKANE drewno poszło głównie na opał, a drobnica na kompost. W formie zrębek.
Piękno na hałdzie. Zdjęcie Roberta.
A jeszcze, wiecie, zamiast wycinać- można przesadzać. Temat dość niepopularny, ale chwała inwestorowi, który podjął ryzyko.
Akcja miała związek z planowaną rozbudową domu.
Zaczynaliśmy młotem pneumatycznym, w ziemi zmrożonej na 70 cm. Kończyliśmy przy zamarzniętych 30 cm.
Oto ozdobna jabłonka, okopana i zapakowana w metalową siatkę.
Z pniem zabezpieczonym jutą przed parowaniem.
Podźwignięta,
przewieziona,

wpuszczona do dołka
i posadzona. To samo na przykładzie graba (ten po lewej, z proporcjonalnie do ubytku w korzeniach zredukowaną koroną. Lipy też są szpalerowane.):

dziwnych jodeł
i formowanych na parasole, ogławianych platanów.
Baobaby, jak ktoś powiedział. Chociaż w stosunku do nich mam pewne wątpliwości. Nie dotyczy to cięcia- trzeba było nie tylko zredukować koronę, ale zlikwidować wieloletnie tzw. "głowy wierzbowe".
A czasami... można... można po prostu nic nie robić.
Nie przesadzać, nie wycinać, nie usuwać posuszu. W posuszu jest tak sucho i przytulnie, że...
Widać?
Świerk kłujący.
Sowa uszata. Sześć sztuk (regularnie podobno dni spędza tu 14). Wrocław.
I tak zamknęłam zimę opisem zatrudnień ogrodnika. Pokazane prace wykonywaliśmy w styczniu i lutym.
Lubię tak podsumować i zamknąć przeszłość, i do niej nie wracać. Przydałoby się i moheriowo, ale nie wiem, nie wiem.
Wiosna napiera.
Może i tego tematu by nie było, gdyby nie nowe komentarze pod starym wpisem (hm, chyba na razie w spamie)- ktoś szuka informacji, co z tymi drzewami...
Gdyby nie wywołanie tematu na blogerskim spotkaniu na Gardenii- czy możemy (my, blogerzy ogrodniczy)- pisać o tych drzewach (odpowiedź: niekoniecznie, bo to temat polityczny).
No właśnie niekoniecznie. Bo to również temat nośny, a wyraźnie widać, że blogerska śpiewka jest pisana dla pieniędzy. Również mnie możecie zarzucić, że powyższy tekst jest reklamowy, i będziecie mieli dużo racji.
Ale wydaje mi się, że ja, kronikarka wycinki w Ogrodzie Krasińskich, jestem bardziej wiarygodna niż wielu ogrodników, którzy o przyrodzie piszą z dużą niepewnością- co to w ogóle jest.
W każdym razie w tym całym gównie jest jedna dobra wiadomość- ekspresowo uczymy się budować społeczeństwo obywatelskie, dzwonić do służb, bo sąsiad wycina w okresie lęgowym, pali kaloszami i wypala trawę. Brawo my.
Pozdrówka, Megi.

PS. Zdjęcia także TP oraz Robert.
PS. Pewnie chcecie wiedzieć, co z tą Gardenią. Było dobrze- dużo róż, nowych sklepów internetowych i tworzyw sztucznych w ładnych kolorach, jakości i dizajnie. Pojawił się nowy sposób na zarabianie, czyli słynne już oxytree.
Blogerzy ogro utopili się we własnym sosie, zorganizowali spotkanie na temat blogowania, dyskutują w swojej bańce o widzimisiu i wszyscy- ci co na targach byli i ci, co nie byli- ubolewają, że nie dla nich targi OWE. Dla ogrodowych Grażyn one są, zostało wyartykułowane. Pozdrawiamy Gajkę.
Celebryci z innej bańki przechadzali się między ogródkami pokazowymi wyobrażając sobie może, że to jakieś czelzi.
Wszyscy zgodnie słownie obracali w perzynę słynną salę 4, czyli kiermasz ogrodniczy, odwracając się z obrzydzeniem od odbiorcy końcowego, czyli domniemanych grażyn. Błąd, bardzo duży błąd, również ze strony wystawców i organizatorów, którzy pozwalają (sobie) na rozmontowanie targów dwie godziny przed zamknięciem w jedyny dzień dla publiczności.
Jako że mam kilka kółek zainteresowań, wciąż jestem dla blogerów zbyt mało blogerska, dla ogrodników zbyt mało ogrodnicza, a dla przyrodników za mało przyrodnicza- nie zostałam w bańce i zrobiłam eksperyment. Przechadzając się przez dzień cały z odpowiednią plakietką.
Wyniki były dwojakie:
- tak, to są targi dla profesjonalistów, nie dla blogerów. Na każdym stoisku bardzo przyjemnie się rozmawiało, zrobili mi nawet lodzika.
- blogerów tu w ogóle nie szanują. W takich warunkach przyszło jeść lanczyk, no.
PS. Jednak mnie pokarało za ten hejt, dostał mi się Virus Gardeniae, grypopodobny.
PS. Spotkanie w małym gronie było urocze, więcej takich💕💋
I w ogóle jest jak jest, żyj i daj żyć innym, wiem, że w bańkach bywa bardzo przyjemnie. Ale nie moje ci one.