od początku

piątek, 19 grudnia 2014

zwierzęta i ludzie

temat ten, "świąteczny", chadza za mną od lat. Nie tylko za mną, bo wciąż czytam wynurzenia/osobiste przemyślenia na temat rytualnego/nierytualnego uboju zwierząt, jedzenia i niejedzenia mięsa, kupowania i adopcji zwierząt, ratowania koni od rzeźni/pracy ponad siły i rzeźni, sterylizacji, półżywych karpi i kupowaniu zwierzaków na prezent.

Znaczy coś jest na rzeczy, nie tylko za mną ciąga się to, co można wrzucić do wspólnego wora zwanego Animal Studies.
Gender Studies już jakoś przełknęliśmy, czas na "braci mniejszych", animal rights.

Nie mam zamiaru się mądrzyć, cytować etyków, bo nie byłby to wpis, ino cały blog, i to byłoby za mało.
Z racji codziennego obcowania z VegAństwem temat mam obcykany.
(oni myślą, że nie wiem, ale i tak się wypowiem)

Są różne poziomy, na każdym można dyskutować szafując słowem hipokryzja.

Ideałem byłoby niewykorzystywanie zwierząt w żaden sposób. Nieużywanie jakichkolwiek produktów pochodzenia zwierzęcego (tak, mleka, wełny i miodu też), niekorzystanie z pracy zwierząt, tak zwanego ich "wolontariatu" (zwierzęta w służbie człowieka, np. te, na których testuje się leki), niezaspokajanie swoich potrzeb za pomocą zwierząt (np. towarzyszących).

Idealny świat nie istnieje, pewnie nikt nie może o sobie powiedzieć, że choćby nieświadomie nie używa tych żyjących obok nas istot, osób zwierząt.
(podobnie jak chyba każdy używa ludzi)
Są tacy, którzy się starają- dla spokoju swojego sumienia.
Są tacy, którzy robią różne rzeczy i mówią o tym.
Że ubój rytualny jest straszny.
Lub że ubój rytualny jest humanitarny.
Że regularnie wpłacają na konto fundacji.
Że nie jedzą mięsa. Ani mleka, ani jajek.
Ani nie używają skórzanych produktów.
Że jedzą mięso, ale nie z chowu przemysłowego, a jajka tylko od szczęśliwych kur.
Że ludzie, co wykorzystują konie, to nie ludzie.
Że jednych zjadamy, drugich kochamy.
Że krowy i kury są głupie jak krowy i kury.
Że adoptowali najnieszczęśliwszego psa/kota z najbardziej zapadłego schronu.
Dorabiają do tego nadbudowę.

Ale
to tylko nadbudowa. Dla zwierząt, które traktujemy źle, nie ma znaczenia.
Tak jest urządzony ten świat, że zjadamy innych. Czasem komuś nie jest z tym dobrze.
Można po swojemu minimalizować zło.
Nie używać, nie nadużywać, reagować, ratować.
Ile jednak byśmy nie zrobili, i tak będzie to za mało.
(chociaż oczywiście- kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat, świat tego życia, dotyczy zwierząt i ludzi)
Nie zmienimy świata, nie ogarniemy zła.
Możemy próbować.
Próbować rozwiązywać nasze dylematy:
- nie kupować, tylko adoptować,
- zmniejszać bezdomność przez sterylizacje- sterylka to faszyzm, ale mniejsze zło, w tych czasach wojny,
- nie rozmnażać zwierząt gospodarskich. Wiadomo, że jeżeli je będziemy rozmnażać, to urodzi się mniej więcej tyle samo "pożytecznych" samic co "bezużytecznych" samców. Wiadomo, że nadadzą się tylko do zjedzenia, jak nie my, to ktoś. Wiadomo, że często nie musimy tych zwierząt rozmnażać- sa nam potrzebne np. po to, żeby dostać dopłaty, bez których możemy się obejść, albo żeby jeść zdrowy rosół czy pyszny ser.
Taki level hipokryzji.

Spróbujmy jednak nie zapętlić się w tym.
Wiele rzeczy robimy tak naprawdę dla siebie, zgodnie zresztą z instynktem samozachowawczym i strategią ewolucyjną.
Współczujemy kotom- faktem jest, że współczują głównie osoby, które wyskoczyły z kieratu życia wczesnorodzinnego (np. tego schematu pracującej mamy z małymi dziećmi, co ma po kokardę i nie w głowie jej koty).
Nie dlatego wzięłam małego kota, że chciałam uratować małego kota. Wzięłam go, bo chciałam mieć małego słodkiego kota.
(gdybym wzięła burego ślepego starego kota, wyszłoby na jedno, tylko byłabym bardziej zajebista)
VegAnka pomaga gryzoniom, bo są traktowane jak tanie, jednorazowe, zastępowalne zabawki. Nie mogą uciec, są całkowicie od nas zależne.
Co kryje się za tym, że pomaga tym najsłabszym?
Klikamy w pomocowe linki często dla lepszego samopoczucia.
Ten najnieszczęśliwszy pies z zapadłego schronu, którego zdecydowaliśmy się zaadoptować, być może po prostu poruszył w nas strunę wspomnień lub wyobraźni bardziej niż inny, też potrzebujący, z sąsiedztwa.
Hodujemy rasowe psy- to jest dopiero faszyzm, w dodatku szkodliwy dla zdrowia tych psów.
A ja nie chcę już czytać, jak ktoś się spuszcza (określenie dziecka, bardzo adekwatne) w kółku wzajemnej adoracji, ociekając zajebistością pisze o czyjejś hipokryzji.
(to nie czytaj. dobra.)

Bardzo łatwo się wkręcić.
Ilustracja.
Dawno dawno temu byłam w odległej galaktyce zwanej Danią, zwiedzaliśmy tam m. in. bajkowy ogród.
W tym ogrodzie był też zwierzyniec, taki ZWIERZYNIEC, jak w średniowieczu- bez żadnej nadbudowy, że niby tu oto chronimy gatunki i prowadzimy badania.
Wystrój taki naturalnie estetyczny, roślinny
(swoją drogą fajny bród)
z atrakcjami
ptaszęcy
(ary wkręcały się we włosy)
 Wszystko to takie słodkie, szczęśliwe zwierzęta w prawie- naturalnym środowisku
 prawie- oswojone
(Megi zajarana)
  we wspólnym prawie- raju.
Zdrowe, bezpieczne, zaopiekowane.
Tylko jak sobie uświadomimy, że to wszystko li i jedynie dla komercyjnej rozrywki, to zaczyna nie- grać.
Na zewnątrz budynku w ciasnej klatce nieprzystosowawczy mrówkojad z rozpaczą hebluje deskę.
W zwierzyńcu było także motylarium.
(sommerfugle= letnie ptaki?)
 Tropikalne, wilgotne, kolorowe, trzepoczące.
(samce są na "prawej stronie" metalicznie niebieskie, niefotografowalne)
(samice mniej barwne, jak malowany jedwab)
 I znowu się wkręciłam w zachwyt.
Pytania pojawiły się później, sfornułowałam je przy okazji.
Takiej, że na dwóch "firmowych" blogach z lewego paska pojawiły się opisy motylariów, które powstały przy wsparciu unijnym jako projekty edukacyjne i ochroniarskie (chodziło o hodowlę rodzimych gatunków). Co najmniej jeden z nich wiązał się z próbą zebrania funduszy w "Polak potrafi".
Zadałam pytania w komentarzach, otóż:

- skąd się bierze motyle do motylarni i w jakiej postaci życiowej? Czy pozyskuje się te postaci z natury, czy z hodowli? Jeżeli z hodowli, to gdzie i jak te hodowle są prowadzone?
- w jaki sposób motylarnia ma chronić motyle? Czy np. rozmnożone w niej okazy są wypuszczane do natury? Czy cykle życiowe zamykają się w motylarni? Czy motylarnia ma wpływ na liczebność motyli w naturze? Jaki?
- czy motyle z motylarni są ewentualną bazą genetyczną populacji?
- czy w motylarni będą hodowane rośliny karmowe dla gąsienic? Jeżeli tak, to skąd i jak pozyskiwane?
- to samo pytanie, ale w odniesieniu do roślin nektarowych? Jakie to konkretnie będą gatunki?
- jaka jest osłona naukowa projektu? Kto jest jego autorem i konsultantem? (chodzi mi o uczelnię i nazwiska, a jeżeli projekt nie wymaga osłony, to czy były prowadzone konsultacje ze specjalistą?)
 - jaki jest cel prowadzenia motylarni (poza oczywistym- uatrakcyjnieniem oferty miejsca)?

Pytania, przyznacie, zasadne.
Odpowiedzi były zdawkowe i niekoniecznie na temat.

Podsumowanie i wnioski: wszyscy jesteśmy hipokrytami, przestańmy się tym jarać, postarajmy się bardziej.
Zamiast się spuszczać i licytować, postarajmy się rozmawiać i edukować.
Jednakowoż mimochodem i w dobrej wierze nadal czyńmy dobro, nikomu nie odmawiam zasług na tym polu. W końcu kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat, niezależnie od pobudek.
Może wtedy osiągniemy level up, czego i sobie życzę w te święta, kiedy zwierzęta mówią do nas (chociaż nasze prujo mordy cały czas).
Jutro Vegilia, fajna impreza, ja chyba nie zdążę.
Pozdrówka, Megi.
PS. jeżeli chodzi o rozmnażanie zwierząt, to wiecie. Myślę, że dotyczy to również zwierząt gospodarskich, które tylko "chcemy mieć".
(pojawiło się w tylu miejscach, że trudno podać źródło)
PS. tekst redagowany przez VegAnkę, uzyskał certyfikat poprawności;-)