od początku

poniedziałek, 22 września 2014

co posadzisz, zbierzesz wiosną

(znaczy wiosną, wiosną będą efekty)
Takoż i my w zeszłym roku o tej porze uczyniliśmy zainspirowaną prze TVN, zasponsorowaną przez producenta cebulek, narcyzowo- tulipanową rabatę w pewnym ogrodzie.
Rabatę w stylu Keukenhof, czyli gęściutko zacebulkowaną.
Pomyślałam, że może chcielibyście zobaczyć, jak wyszła, skoro odkopałam fotki.
Tak to wyglądąło w marcu
(puste miejsce za narcyzami to nieczynny jeszcze zielnik)
a tak pod koniec kwietnia:
(na pierwszym planie tawuła gęstokwiatowa, za nią japońska 'Magic Carpet')
 Nie uniknęliśmy błędów i wypaczeń- robiąc taką rabatkę trzeba zwrócić uwagę na:
1. Czas kwitnienia tulipanów. Popatrzyłam tylko na wysokość roślin podaną na opakowaniach (taka sama dla wszystkich, ok. 50 cm), zapominając o tym, że te kwitnące jako pierwsze osiągają docelowy wzrost wcześniej. Należało wziąć to pod uwagę i posadzić pomarańczowe z tyłu.
 2. Dodatkowe koszty. Trudno sobie zostawić na całą jesień taką ziemistą grządkę, która kiedyś będzie piękna, i to przez krótki czas. Obsadziliśmy ją żurawkami i tiarellą, ale w tulipanowym gąszczu przterwała niewielka część sadzonek. Lepiej, choć drożej wypadłoby obsadzenie jednoroczną rabatówką późnojesienną i letnią.
 Tulipany zostały nakręcone, być może pojawią się w "Mai w ogrodzie" poświęconej temu miejscu.
Wiosenny ogród wyglądał tak- w marcu
(przycięty dereń Kelseya, śnieguliczka Chenaulta, tawuły i pęcherznica. Zieleni się mahonia i ostrokrzew.)
(różanecznik wczesny kwitnie na tle cyprysika nutkajskiego 'Pendula')
(turzyca Morrowa zawsze sztywna i zielona)
(wrzośce kwitną nawet udanie)
 i w kwietniu:
(już przekwitły, a mikrobiota to mój ulubiony iglak)
(kwitnie lilak drobnolistny)
(a śnieguliczka Chenaulta 'Hancock' udowadnia, że jest najlepszą rośliną okrywową forever&ever, na skarpie...)
(... i w cieniu brzozy)
(turzyca M niezmiennie sztywna i zielona)
Czyli jak potrzebujecie cebulkowej rabaty, marzycie o niej i jej pragniecie, to teraz należy ją założyć.
Podobno wypadałoby skończyć sadzenie do końca października, i to tych mniej wrażliwych cebul, ale ojtam.
W grudniu też zwykle da się coś wkopać, i tego się trzymajmy. Lepiej wcześniej, ale jak nie ogarniecie, to lepiej wkopać, niż nie wkopać.
***
Tyleż.
Byliśmy na weekendowym wyjeździe w Poczdamie z Basikiem i chcę tam wrócić. Najlepiej od razu, bo nie pozwolili mi zostać w parku do dwudziestej pierwszej.
Trzy rzeczy mnie w miarę trzymają przy zmysłach dzisiaj (niektórzy nazywają to made my day, ale będę powściągliwa):
- telefon od Ani z miasta P, który oznacza, że trzeba wstać, otrzepać koronę i dalej napierać,
- znalezienie stronki o fajnym tytule (zawsze, jak znajdę jakieś potwierdzenie moich zafiksowanych idei w jakiejś przestrzeni, wirtualnej czy nie, mam ochotę paść na kolana i szlochać oraz robić skriny i foty do oprawienia w ramki. Dlatego w tym parku bym pobyła dłużej, mogę tam nawet zamieszkać. Mimo że Poczdam w pigułce jawi się jako turystyczna wydmuszka zamieszkała przez niemiłych enerdowców.)
- oraz miły mail, w którym znalazły się słowa, że przykładowy "mój" ogród jest "trochę naturalistyczny, bałaganiarski, ale dobrze zaprojektowany, funkcjonalny".
(ha, o to chodziło, o to chodziło. Bałaganiarski. Jakie to piękne słowo. Nie kontroluj i tak dalej.)
I wcale nie dostaję setek takich maili, wcale nie. Prędzej ktoś zapyta o siatkę NA KRETY.
Zatem wstaję, otrzepuję i idę napierać.
w ten sposób
Pozdrówka, Megi.

czwartek, 18 września 2014

taki pejzaż.

Bardzo typowy dla szwedzkich okolic, w których bywamy (Zachodnia Gotlandia, równina nad jeziorem Vanern).
Rolniczy, melancholijny, płaski i zwyczajny, wypiętrzający się tu i tam w niepożyteczne wychodnie skalne, porośnięte jałowcami i kłębiastą, zdeptaną przez owce trawą.
Zawsze mam ochotę wysiąść z auta, pójść.
No i.
 Jak odkryć w tym pejzażu miejsce pożądane turystycznie, wydobyć jego skromne, być może wątpliwe walory?
(a jest to też pomysł na atrakcję w przyszłych agroturystykach, w końcu nie każda będzie miała Mohera za rezydenta;-))
(Taki Sąsiad na przykład- no nie należy się, prawdaż? za mało się kotkami zachwyca, za mało)
Otóż
trzeba mieć kasę i grono znudzonych swoim lajfstajlem odbiorców.
***
Szwecja 50 lat temu była biednym krajem, w którym kamieniste pola obrabiano wołami, a bezrolni wykluczeni tyrali w fabrykach za miskę śledzi. Później zdarzył się cud gospodarczy, którego nikt nie rozumie, ale wszyscy się załapali (tak to wygląda w mojej głowie po przeprowadzeniu krótkiego riserczu obejmującego lekturę pozycji "Szwedzi. Polityka, obyczaje." wydanej w latach 70tych ub. wieku, kartkowanie Dagens Nyheter i ilustrowanych wydawnictw z lat 60tych, rozmowy z zadomowionymi już w Sz Polakami).
Mogę zaryzykować twierdzenie, że każdy rodowity Szwed ma jakąś rodzinną nieruchomość na wsi.
Mogę przypuszczać, że spędził tam jakieś fajne wakacje i myśli o wsi z nostalgią.
Jak u nas, jak u nas.
Pięćdziesiąt lat to niewiele, drewniane domki nie zdążyły się zużyć (zresztą pragmatyczny i nieodpierdalający Szwed nie postawiłby nowego, byle nowego, większego i na bogato), jedynie woły wymieniono na jaśki deery.
A co najważniejsze- istnieje kontynuacja.
Inaczej niż u nas.
Kontynuacja własności i wartości. Rodziny mieszkają w tym samym miejscu od 200 lat, kolejne pokolenia kładą się na tym samym cmentarzu, kolejne uprawiają rolę i wyrabiają sery.
Nie ma tego trędu powrotu do prostego życia, zachłyśnięcia się wiejskością, warsztatów dla gospodyń za unijną kasę.
To wszystko było i jest. Bez robienia z życia afery, jasne i oczywiste.
***
nono, to była dygresja, teraz do ad remu.
W Sz kasa jest z podatków (płacą dużo, ale dużo z tego mają). U nas trzebaby szarpnąć ciocię U.
W Sz bazujemy na tej wakacyjnej nostalgii, u nas na tym trędzie powrotu do źródeł.
I robimy coś takiego, jak w Vallby (Pastwiskowa Wioska?) albo Karleby (Kochana Wioska??).
Towarzystwo historyczne kupuje gospodarstwo i robi taki jednozagrodowy skansen (w Sz nazywa się to kulturreservat, co znacznie lepiej odwzorowuje ciągłość i kontynuację).
Oczywiście to żadna nowość, powiecie, Lawendowe Muzeum Żywe i tak dalej.
No właśnie.
Te miejsca w istocie są żywe.
(aczkolwiek nie doświadczylim. Sezon, który zaczyna się z początkiem kalendarzowego lata, w połowie sierpnia jest już hen we wspomnieniach. Wszędzie byliśmy jedyni jak jacyś bogowie deszczu. Co ma wielki urok skądinąd.)
Na co dzień uprawia się pola
siejąc dawne odmiany.
(czarny owies tak wygląda)
(wyka jest rośliną paszową)
(a oprócz koniczyny czerwonej sieje się także białoróżową, czyli szwedzką, słodko pachnącą)
 Uprawia się to tradycyjnie, bez oprysków.
A z każdego wydarzenia, jak sianokosy, żniwa, młocka, obróbka lnu, midsommar czy dożynki, robi imprezę dla ludności (50 SEK, czyli symbolicznie, dzieci bezpłatnie).
(midsommarowy maik, smutny w sierpniowym deszczu)
Tradycyjne metody uprawy i zbioru podnoszą walory krajobrazu:-)
(no i chmury, to jasne)
(owies w takich śmiesznych snopkach nadzianych na kije)
(sprawdzając)
Dodatkowe atrakcje w tych skansenach to zabudowania (w Vallby w stanie z 1910 roku)
(kuźnia)
(gospodarcze)
(dom mieszkalny z 1800 roku)
(piękna jabłoń)
 ogródki kuchenne
(tradycyjny "smalandzki" płotek)
(jest i kozłek, i mięta)
(czyste, wilgotne powietrze, i takie skutki)
(myślałby kto, że WTEDY używano strzyżonych bukszpanów i kory!)
 i archeologia.
Bo zwykle kamieni kupa na byle górce okazuje się być miejscem pochówku
 a przydrożne skały bywają pokryte runami.
 Zwierzaki też są, jak to w żywym muzeum.

(uoś??)
 Jednym zdaniem- Megi was here.
 I nie tylko Megi:-)
Pozdrówka:-)))