Mogłoby to was nie interesować, gdyby nie fakt, że takie rzeczy dzieją się wszędzie w kraju owym. Powszechnie i nagminnie. Zakładam więc, że mogę podzielić się notatkami na parkowe tematy, a nusz się komuś przydadzą.
Poruszane przez obrońców Parku czy też zastanego porządku, a może dobrego lub przyrody tematy można podzielić na kilka grup:
KRYTYKA PIELĘGNACJI ZIELENI W PARKU.
Przede wszystkim podlega jej zbyt dokładne zdaniem wypowiadających się osób sprzątanie w Parku. Dotyczy ono nie tylko liści leżących na alejkach i trawnikach (jakich trawnikach? przecież to parkowe łąki), ale i sprzątanie do gołej ziemi ściółki wraz z częścią roślinności. Nie dość, że do sprzątania używa się głośnych i zanieczyszczających powietrze dmuchaw- przy okazji zabijając gryzonie i jeże- to ściółkę wywozi się (a ciężkie ciągniki ugniatają glebę) i nie wraca ona do parku w postaci kompostu. Nie wraca, a przecież nigdy nie powinna stamtąd wyjechać.
W lasach niszczenie ściółki podlega pod paragraf kodeksu wykroczeń (to do was, amatorzy lasów w szkle), dlaczego w parku o leśnym charakterze miałoby być inaczej? Dlaczego wykonawcy są bezkarni i, jak twierdzą dyskutanci, aroganccy wobec krytyki swojego nieprawidłowego postępowania?
Przecież ściółka jest częścią ekosystemu, taką samą jak piętro drzew, podszyt i runo. Magazynuje wodę i wielokrotnie zmniejsza parowanie z powierzchni gleby. Jest siedliskiem życia drobnych kręgowców i bezkręgowców, które są pokarmem ptaków i ssaków. Stanowi schronienie dla zwierząt. Jest bankiem genów, umożliwia trwanie i odtwarzanie ekosystemu. Żyjące w niej grzyby i bakterie rozkładają materię organiczną do postaci przyswajalnej przez rośliny. W procesie rozkładu powstaje próchnica, część kompleksu sorpcyjnego gleby. Wiele grzybów bytujących w ściółce mikoryzuje z drzewami, ta symbioza wpływa na jakość życia drzew.
Obsesja robienia porządków w przyrodzie jest powszechna i generuje zbędne koszty- bo można nie sprzątać, park, podobnie jak las, poradzi sobie sam z coroczną dostawą opadłych liści. Również parkowe łąki nie wymagają koszenia co tydzień, a przy rzadszym (np. comiesięcznym, choć ideałem byłoby raz w sezonie) koszeniu pokos można mulczować. Pamiętacie projekt pobocze?
Oczywiście wszystko to nie dotyczy liści na parkowych alejkach- gnijące lub zmrożone mogą być śliskie, ze względów bezpieczeństwa należy je zgrabić.
Co to za czasy, kochani, kiedy z obecności liści w parku robi się wielkie halo i happening? Dokąd myśmy doszli? (w linkowanym tekście pięknie omówiono obieg materii w przyrodzie😆)
Również usuwanie drzew budzi wiele wątpliwości. Należy pamiętać, że wydanie decyzji o wycince trafiło na okres luki prawnej, z czego miasto skorzystało, kwalifikując do usunięcia
Pojawiają się pytania- czy wszystkie przeznaczone do wycinki drzewa zagrażają, skoro żadne drzewo nie zagrażało przez ostatnich 20 lat? Czy wszystkie martwe drzewa trzeba usuwać z parku? (biologia uczy, że jest to wręcz niewskazane). Co się dzieje z pozyskanym drewnem? Jak wygląda nadzór dendrologiczny? Dlaczego przy okazji wycinki są niszczone krzewy, runo i alejki, i nie zostaje przywrócony wyjściowy stan?
Edit: to nie są moje pytania. Zebrałam je w grupie.
Przy okazji przyglądania się pracom w Parku Grabiszyńskim zwrócono uwagę, że w zasadzie w całym mieście dzieje się źle i coraz gorzej- krzewy nie są cięte zgodnie ze sztuką, wycina się tysiące drzew, większość parków przypomina wydeptane klepiska, nowozałożone tereny zielone są gorsze od tych poprzednich... cortenowe donice zamiast purpurowych jabłoni... nigdy nie wybaczę miastu tych jabłoni... ale przyznaję (ze wstydem), że już mnie to zgrzewa, przestaję zauważać cięte w styczniu wczesne tawuły i rzezane u korzenia lilaki. Czas się przebudzić.
UWAGI DO NOWEJ KONCEPCJI- MASTERPLANU.
Jest w tej chwili znany tylko w postaci wizualizacji w niskiej rozdzielczości, do których linkowałam w poprzednim poście, ale już, przed konsultacjami i spotkaniami, budzi sprzeciw. Jakiś taki intuicyjny sprzeciw.
Większość opinii- ale pamiętajcie, w jakiej jesteśmy bańce, to Ratujmy Grabiszyński- jest negatywna.
Padają słowa: dewastacja, zaoranie, uśmiercanie, demolka, ogród zamiast parku, wesołe miasteczko na cmentarzu, zbytnia i niepotrzebna ingerencja, bezduszna, industrialna przestrzeń. Według internautów "ekostrefa" nie jest eko, bo wyklucza psy, sarny i bażanty, "ogrody wrażeń" mają zastąpić prawdziwe doznania, ptaki będą rozbijać się o "szklane domy", a wszystko to będzie kosztować miliony monet (bo będzie).
Są też inne głosy, takie "za porządkiem", oświetlaniem, udostępnianiem i brakiem dzikich węży, ale generalnie:
rys. Pod kreską, za zgodą Autorki, która skomentowała go tak:
Taka mnie dzisiaj (właściwie wczoraj) naszła refleksja. Co jakiś czas (często np. przy okazji ustalania budżetu obywatelskiego) słyszymy o planach rewitalizacji jakiegoś obszaru w mieście - na przykład parku. W standardowym zestawie planowanych działań jest w takich wypadkach sadzenie drzew i krzewów, i przygotowanie miejsca do wypoczynku mieszkańcom - ławek, alejek itd. Wydaje się, że tylko zupełny malkontent mógłby się do czegoś przyczepić: w zabetonowanych miastach bardzo potrzeba przecież zielonych zakątków, w których można mieć kontakt choćby z namiastką dzikiej przyrody.
Ale zanim zaczniemy cieszyć się z mądrości pomysłodawców rewitalizacji, zatrzymajmy się na chwilę nad miejscem, które ma być rewitalizowane. Jeżeli to betonowe osiedle z wymęczonym trawnikiem, na którym ma być zaprojektowany zielony skwerek i plac zbaw dla dzieci - świetnie. Jeśli to zaniedbany park, w którym mają zostać wyremontowane rozpadające się ławki i wypielęgnowane (nie wycięte!) stare drzewa - super. Ale jeśli to kawałek dzikiego lasku, który jakimś cudem uchował się na obrzeżach miasta, i do którego spacerowicz z psem może wejść i udawać, że wcale nie jest w mieście, gdzie są stare dziuplaste drzewa, dzięcioły i wiewiórki, a w planach rewitalizacji jest wycięcie starych drzew, posadzenie nowych, zrobienie alejek z kostki i placu zabaw dla dzieci - to może lepiej zająć się jakąś betonową pustynią, a lasek zostawić w spokoju? Albo jeśli to staw, na którym zimą można spotkać kaczki i łyski, a latem żaby, a plan zakłada wyrównanie brzegów, zrobienie sztucznej plaży i spuszczenie na wodę rowerka wodnego. Tworzenie parków i miejsc odpoczynku jest super - tylko może nie wtedy, kiedy powstają po zniszczeniu tych niewielu dzikich miejsc, które nie potrzebowały poprawki, żeby służyć mieszkańcom chcącym odpocząć "na łonie natury".
A co ja myślę o koncepcji?
W warstwie technicznej i plastycznej- nie będę się czepiać. Strefowanie, zgrabnie rozwiązana komunikacja, porządek i bezpieczeństwo zgodne z domniemanymi oczekiwaniami grup docelowych. Tabazella skomentowała: "Nie wiem jak ten projekt na nowo zakładany park przy osiedlu mieszkaniowym można brać na poważnie jako projekt rewitalizacji starego założenia", coś w tym jest.
Można powiedzieć, że diabeł tkwi w szczegółach, tych wymienionych w ocenie internautów.
A jednak według mnie tkwi on gdzie indziej.
W braku empatii dla przyrody, że posłużę się celnym określeniem TP.
Sztos, o to chodzi dokładnie- przyroda to nie irgi i berberysy upchnięte w miejską rabatę, to nie wymuszone bylinowe rabaty w cortenowych donicach.
Przyroda wymyka się temu, jest ponad ten schemat, jest dzika jak moje serce, a jednocześnie krucha i spychana na margines przez takich planistów. Takich, którzy jej nie znają i wydaje im się, że jest gdzie indziej, a miasto to miasto, i wszystko dla ludzi, i szerujmy, i udostępniajmy.
Komu? Podobnym nam. Pięknym, młodym, aktywnym, nam, ludziom z wizualizacji. Nam ludziom.
Przyroda nie ma z nimi szans. Jest wykluczona językiem pogardy, który mówi o "nieużytkach" (a przecież te łany spontanicznych roślin to jak najbardziej użytki! i pożytki dla owadów, bażantów i saren) i "nieuporządkowanej przestrzeni".
A ja trzymam z przegrywami, z przyrodą i kotem Udusiem (w tym momencie kto wie, ten wie, a reszta ślizga się wzrokiem).
Wykluczeni rozumieją wykluczonych.
Widzę też w tej koncepcji brak szacunku dla miejsca. W końcu na tej AK uczy się, że wstępem do projektu jest analiza miejsca i jego historii. A w projektach (nie tylko tym) zostaje z tego wydmuszka, forma. Jakieś lapidarium, bo cmentarz, jakaś nazwa alejki. Nic z piękna nadrzecznego lasu splątanego chmielem i bluszczem, nic z klimatu zasypanego klonowymi liśćmi cmentarza, nic z grozy sterty nagrobków zepchniętych pod betonowy mur i mocy lasu ponownie zasiedlającego cmentarz.
Nie wspominam już o analizie siedliskowej, jakie kwietne rabaty pod koronami drzew! (może zresztą po to ta wycinka😞).
Ziemia nie należy do nas, to my należymy do Ziemi. Chyba trzeba to częściej powtarzać.
No cóż, MSPANC, i jeszcze dołożę: tyle się uczo, jeżdżo, oglądajo, i chuj z tego wynika. Pamiętacie wpis o rewitalizacji parków w Niemcowni? Potężne pieniądze, rozmach, ale runo jakoś nie tylko ocalało, ale zostało dopieszczone i tworzy klimat parków. Tudzież drzewa, nawet te martwe i powalone. Jedenaste: korzystać z dobrych przykładów innych, jak napisała w komentarzu Izabelka.
PLANY I NASTROJE.
W parkowej bańce są bardzo różni ludzie. Starsi i młodsi- nie jest tak, że to starsi z sentymentu są przywiązani do przeszłości lub że młodsi lubią "ogródkowy" porządek. Są miłośnicy przyrody, młode mamy, arboryści, sąsiedzi. Nastawieni na wspólne działanie przeciw temu, co uważają za niszczenie. Podejrzliwi- że koincydencja masterplanu z wycinką nie jest przypadkowa, a tak naprawdę chodzi o przygotowanie przedpola dla inwestycji nie mających z zielenią nic wspólnego. Podkreślający arogancję projektantów, miasta i wykonawców, wytykający działanie na pokaz (ten żart o Zielonej Stolicy Europy) i wbrew mieszkańcom. Empatyczni z "małymi mieszkańcami parku".
I wiecie co? To jest dobre. Ważne, że jest nas coraz więcej- podsumował ktoś.
Dla mnie osobiście ważne, że w ogóle są.
Bo dlaczego ja się angażuję?
Nie dlatego, żeby sobie poprawić samopoczucie kosztem innych, tych "złych". Tylko po to, żeby sobie poprawić samopoczucie obecnością tych z mojej bajki.
Bo już myślałam, że ich nie ma. Albo że są tylko na Roślinnych Spacerach, w prawdziwej przyrodzie. Że większość ludzi myśli, że w parkach i ogrodach nie ma dla przyrody miejsca, niech sobie idzie gdzie indziej, możemy do niej pojechać, a żeby nie widzieć jej za płotem, posadzimy tuje.
A tu nie. Nie, nie!
Miło odnaleźć współplemieńców.
🌲🌳🌲
Nie ma że bez zdjęć. Wpis zilustruję fotkami z miejskiego lasu. Między rzeką, działkami a blokowiskiem, zaśmieconego, poddanego presji wędkarzy, spacerowiczów, rowerzystów i działkowców.Niesprzątanego ani ze śmieci, ani z liści, ani z powalonych drzew.
Taki zwykły, miejski las.
| Styczeń 2018. |
| Brachythecium rutabulum |
| Klon zwyczajny |
| Kisielnica |
| Wrośniak różnobarwny |
| Rozszczepka pospolita |
| Mnium hornum |
| Płomiennica zimowa |
| Atrichum undulatum |
| Purchawka. Gruszkowata? |
| Próchnilec długotrzonkowy |
| Gmatwica chropowata |
| Lakownica brązowoczarna |
| Xantoria sp. |
| Grab zwyczajny |
| Wierzba |
| Cladonia sp. |
Las zimowy, ale w niedzielę było już tak:
Ona jest niezniszczalna!
Pozdrówka, Megi.
