od początku

piątek, 26 sierpnia 2016

jak powstaje łąka

(w wyszukiwarce: jak powstaje
burza
papier
tęcza
miód
a u was?)
Nie ma za bardzo łąki, można pisać.
Według Wiki łąka to zbiorowisko roślinne tworzone przez byliny ze znacznym udziałem traw. (...) W szerokim znaczeniu termin obejmuje wszelkie formacje trawiaste występujące na Ziemi, w tym stepy i sawanny, hale powyżej górnej granicy lasu, łąki nadrzeczne, stepy i murawy kserotermiczne (...) Łąka wąsko definiowana to półnaturalne lub antropogeniczne zbiorowisko, którego utrzymywanie się zależne jest od koszenia (...) W klasyfikacji fitosocjologicznej łąki właściwe należą do klasy roślinności Molinio-Arrhenatheretea.
Dalej jest o pochodzeniu:
Przed pojawieniem się człowieka obszar prawie całej Polski pokrywały lasy. Jedynie w dolinach rzek i na terenach położonych wysoko w górach można było spotkać roślinność zielną. Wieloletnie rośliny zielne, które w odróżnieniu od drzew znoszą coroczne wylewy rzek w dolinach, tworzyły łąki zalewowe. Silne wiatry i mrozy panujące w wysokich górach oraz cienka warstwa gleby to warunki, w których mogą przetrwać tylko niskie, przytulone do ziemi rośliny, wchodzące w skład naturalnych hal (łąk wysokogórskich). Osiedlenie się i chów zwierząt skłoniły człowieka do rozpoczęcia wycinki lasów. Na ich miejscu tworzył on m.in. łąki. Rośliny łąk są w większości rodzime, wcześniej były mieszkańcami śródleśnych polan, runa lasów, terenów nadwodnych oraz hal. Łąki nie zarastają krzewami i drzewami, jeśli są regularne koszone lub jeśli są na nich wypasane zwierzęta.
Sama prawda o łąkach. Właściwie wystarczyłoby przeczytać ze zrozumieniem, ale w obliczu faq zilustruję zdjęciami.

Taka przecudowna "łąka" powstała spontanicznie na obrzeżach ogrodu w Izerii. Moglibyśmy nazwać ją "łąką kwietną złożoną z roślin jednorocznych", tworzą ją chabry bławatki, maruna bezwonna, rzepak i miotła zbożowa wyrosłe z nasion obecnych w nawiezionej glebie. Oczywiście efekt nie jest trwały (rośliny są jednoroczne, wysieją się, ale są przystosowane do kiełkowania na odkrytej glebie, a w międzyczasie- zdjęcia zostały zrobione w końcu czerwca- skarpy zadarniły się koniczyną białą, której nasiona też były w glebie).
Tak wygląda skraj łączki i przejście do części "ogrodowej"- poniżej dzięgli (które okazały się jednak smaczne dla saren) wije się pas kontrowersyjnych (według mnie jedynych słusznych) hortensji bukietowych.
W innych miejscach ogrodu rosną "prawdziwe" łąki. Po zaprzestaniu wypasu końmi wzbogaciły się o ostrożenie łąkowe (ale, jak wiadomo, zaprzestanie wypasu nie jest rozwiązaniem dla łąk, więc co jakiś czas trzeba będzie kosić).
W bardziej zacienionych miejscach przeważa wiechlina gajowa. 
Gdyby dzięgiel (Angelica gigas) nie smakował sarnom, wyglądały teraz tak. Chlip.
W Kaliszfornii (a otóż i jej czerwcowy krajobraz)
obserwowałam dwie "łączki" (używam tego terminu, ponieważ nie są to trwałe zbiorowiska, tylko przejściowe stadium sukcesji).
Pierwsza z nich oprócz chabrów i rumianków zawierała maki. Maki, które są idée fixe tych, którzy marzą o łąkach.
Maki również są jednoroczne i kiełkują na odkrytej glebie. ale są tu w tej szczęśliwej sytuacji, że tworzące łąkę trawy to życica łąkowa (na pierwszym planie są jej kłosy) i mietlica pospolita. Obydwie są kępkowe, między nimi pozostaje sporo miejsca na wysianie się jednorocznych.
Za to jako trawnik taka łączka jest dość nieprzyjemna, życice są sztywne i twarde.
Druga łąka powstała na leżącym odłogiem polu. Miała co najmniej dwa lata i widać, jak bardzo czas wzbogacił ją w gatunki roślin dwuletnich i bylin.
Maruna bezwonna, wyka ptasia, chaber bławatek, gorczyca polna.
Dziurawiec zwyczajny.
Ostrożeń lancetowaty.
Farbownik polny (krzywoszyj polny).
Farbownik lekarski.
Rumianek bezpromieniowy.
Podobną genezę ma łąka w Langenbielau. Zaorane pole zostawione odłogiem na dwa lata i wchodząca na nie roślinność spontaniczna, mocno jeszcze niezdecydowana- trochę roślin segetalnych, trochę leśnych i trochę łąkowych.
Najdłuższy dzień.
Mietlica pospolita.
Naparstnica purpurowa.

Pokrzywa zwyczajna, w tle jakiś trzcinnik.
Dzwonek jednostronny.
Dzwonek rozpierzchły.
Podsumowując:
1. Łąki nie trzeba wysiewać. W glebie jest pula nasion i innych organów przetrwalnikowych, które w sprzyjających warunkach wyrosną*, tworząc właśnie łąkę, bo
2. Łąka jest pierwszym etapem sukcesji. Etapem. Dlatego musimy wziąć pod uwagę jej zmienność w czasie i
3. pamiętać, że (w większości przypadków) łąka jest zbiorowiskiem półnaturalnym lub antropogenicznym**, którego trwałość (ale nie niezmienność) jest uzależniona od koszenia lub wypasu.
(więc w kontekście trwałości łąki te żrące sarenki nie są takie złe. Zeżro dzięgiel, ale i powstrzymają siewki drzew.)
4. Większość łąk zakrzewi się, a później stanie lasem, jeżeli nie będziemy ich utrzymywać w stanie łąki.

Aliści człowiek nie wykarczował lasów i nie zrobił łąk dla ich urody. Potrzebował paszy dla trawożerców, dlatego po namyśle uznał, że lepiej coś robić, niż zaniechać, i zaczął wysiewać trawy.
Im więcej dobrych, paszowych traw, tym łąka jest cenniejsza dla rolnika.
Im więcej traw, tym łąka jest uboższa w gatunki, mniej kwietna- trawy są ekspansywne, a ich zwarta darń uniemożliwia rozsiewanie się wielu innych roślin.
Jeżeli chcielibyśmy wzbogacić łąkę o kwitnące rośliny po prostu dosiewając ich nasiona- to nie wyda. Podobnie niekoniecznie wyda sadzenie sadzonek. Należałoby w takiej łące osłabić trawy. Albo wyciąć fragmenty darni i dosadzać po kilka sztuk pożądanych roślin, później regularnie je odchwaszczając (odtrawiając ;-)) Albo wysiać zamiast trawy którąś z mieszanek nasion pod handlowymi nazwami "łąka kwietna", ale pilnie bacząc na opis i instrukcję siewu, bo zwykle każde słowo ma znaczenie. Warto też pamiętać, że pod takimi handlowymi nazwami kryją się, skądinąd urocze, łączki kwietne z nierodzimych jednorocznych***.

Oto majowa łąka między Czerńczycami a Okulicami (koło nas). Cała Polska Widziała tam Zioła w październiku, łąki wyglądały wtedy na tyle atrakcyjnie, że zachciałam wrócić u progu lata.
 I wiecie co, zawód raczej. Chciałam tam mieszkać, ale mi przeszło. Bo nie są to bogate łąki Wschodu ani nieprawdopodobne łąki Szwecji, tylko intensywnie uprawiane, regularnie podsiewane i nawożone łąki z przewagą rajgrasu, wyczyńca i kupkówki, na pewno bardzo pyszne.
Wyczyniec robi ten brązowawy nalot. A ja tęsknię, nawet za nim, za tym czasem śpiewających ptaków.
 Kwitnących roślin bardzo tu niewiele.
Firletka poszarpana.
Jastrun właściwy.
Ale i tak chyba tam wrócę niebawem ;-)
Jaskier ostry.
 Dobra, już przestaję ;-)

Podsumowując:
1. Możemy uprawiać łąkę z przewagą traw, ale
2. żeby była "kwietna", musimy stworzyć warunki odpowiednie dla określonych gatunków roślin dwuliściennych (skład gleby, wilgotność) i nie dopuścić do ekspansji traw (np. nie nawozić mineralnie, kosić w takich terminach, żeby byliny zdążyły się wysiać i wykiełkować).

A dlaczegóż ja tak wciąż o tych łąkach.
Mówio, że są modne i trędy. Nie do końca w to wierzę, w modę, która jest emanacją jakiegoś zeitgeista, a nie chytrym wieloletnim planem sprzedażowym. Ale skoro tak właśnie mówio, że są modne, to mówio o nich i mówio. Ogólniki, banały, nieprawdy, płytkie relacje pisane dla pieniędzy (tak, pisanie dla pieniędzy jest ok, ale chodzi o jakość.) Jako prawdziwy człowiek sawanny, od zawsze blisko z przyrodą, jestem szczerze zajarana łąkami i rozkręcam się na te tematy od początku bloga.
Doskonale łagodzą moje przyrodniczo- ogrodowe rozdarcie, kierują w stronę nowego ogrodu, samo ich istnienie czy możliwość założenia jest metodą czerpania z natury.
Jako zbiorowiska modne budzą emocje, kilka z nich łapię w przypisach****
No i to taki wdzięczny temat na zakończenie lata :-)

... lata, podczas którego zebrałam te wszystkie fotki.
Domknęło się wtorkową wycieczką- ucieczką.
Lubawka i Krucza Dolina.
(Straszne rzeczy zadziały się z BMI. Spadł z wysoka, co mu- jak zwykle- w ogóle nie zaszkodziło ;-p, ale liczne Mauryce wypadły z zakamarków wprost na matrycę.)
Podążam za strzałkami.
 I tu nieprawdę piszą- niepylaka ni ma.
Kiedyś był. Ostatnio widziano go w końcu XIX wieku.
Jego gąsienice żywiły się rozchodnikowcem wielkim na skałach Kruczego Kamienia
a dorosłe motyle sfruwały na kwietną, ziołoroślową łąkę na dnie Kruczej Doliny i pasły się nektarem.
Może mało kwietna teraz, no aleale.
Murawa na skałach to naturalna łąka (w każdym razie jej fragmenty na płytkiej glebie, gdzie nic innego nie ma szans urosnąć), łąka w Dolinie była regularnie ekstensywnie użytkowana.
Pod koniec XIX wieku coś się zadziało. Ktoś posadził na Kamieniu świerkowy las, a siewki świerka pojawiły się też w skalnych szczelinach i zacieniły murawę. Ktoś wymyślił, że obsadzenie skał różą alpejską zapobiegnie erozji. Może dołożyła się chemizacja środowiska, może... w każdym razie niepylaki zniknęły.
Kilka lat temu podjęto projekt, będący przykładem ochrony czynnej. Wykarczowano brzozy i olchy zarastające łąki, zaczęto kosić. Świerki i róża alpejska zostały wycięte (cóż, że wspomagano się randapem i zniszczono stanowisko lilii złotogłów... w rezerwacie.). 
Naskalne murawy ładnie się odtworzyły.
Róża pomarszczona. Też inwazor.
Bez koralowy.
Rozchodnik biały.
Dziewięćsił bezłodygowy.
Żmijowiec zwyczajny.
Goździk kropkowany.
Czyścica storzyszek.
Poziewnik pstry.
A kwietne łąki zarastają niekoszone. Brzozą i olchą. Dwa lata po zakończeniu projektu wyglądają tak:
Na tych łąkach (na uformowanych wałach, bo mokro) przez trzy lata uprawialiśmy rozchodniki dla gąsienic. Absurd. W tej chwili nie ma ani jednego.
Nie ma też niepylaków. Od ponad stu lat.
Taki to projekt (sama formuła kilkuletniego projektu jest od czapy, nie mówiąc o merytoryce). Taka to czynna ochrona.
Kiedyś myślałam, że wina Unii. Nie. Wina ludzi. Albo i nie wina, po prostu tacy są.

Podsumowując:
Z łąkami nie ma łatwo :-D w ogóle- z przyrodą nie ma. Ale przyroda ma z nami dużo gorzej.

Pozdrówka, Megi.
(w następnym odcinku nieprawdopodobne łąki Szwecji, taki jest plan, ale wiecie, że plany się zmieniają)
W Kruczej i innych miejscówkach byliśmy z Rzeźbiarzem- Złomiarzem, jedynym takim:
Zło-Miki
*Gosianka relacjonuje naszą lokalną aferę randapową. W skrócie: wysiane po remoncie wałów przeciwpowodziowych łąki nie przeszły odbioru (za dużo chwastów czy co), w związku z czym wykonawca założył je jeszcze raz- zlał randapem (tak, nad wodami Odry, w pełni sezonu wegetacyjnego i spacerowego), zaorał i wysiał znów. Wszystko pod dyktando urzędu i rzeczoznawcy- botanika.Tymczasem na niepryskanych połaciach wyrosły i zakwitły przedmiotowe "chwasty trwałe" (piękne zioła). Wystarczyło kosić, ale kto by tam stosował takie proste rozwiązania, kiedy można wydać kasę.
**Maszka na fb spamuje roślinnością galmanową, pisząc "Mam słabość do tej naszej skąpej galmanowej roślinności i póki żyję i jako tako widzę to będę się nią zachwycać i męczyć władzunię o ochronę" :-D Zresztą ogrodowe łączki Maszki i jej fotki galmanów to osobna poezja.
***Jolanda całe lato cieszy się swoją łączką i spontaniczną rabatą doskonałą.
****Bylinowy Pan ładnie nazwał łąkowy albumik: "Wkomponowanie człowieka w przestrzeń przyrody" <3


27 komentarzy:

  1. Czy dobrze widzę niejaki krwiściąg większy na jednym ze zdjęć? Czy mogę go sobie wysiać na łące i on tam będzie żył?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. krwiściąg lekarski. Ty najpierw przeczytaj :-D wysiewanie w twoje gęste pastwiska nic nie da. Możesz sobie wsadzić (w łąkę, po zdjęciu fragmentu darni, kilka sadzonek gniazdowo) albo "osłabić trawę", tzn. na fragmentach wydrapać grabkami i wtedy gęsto powsiewać zebrane gdzieś tam nasiona (rośnie za Gierczynem np.) Krwiściąg lubi wilgotno, przepuszczalnie, w luźnej darni.

      Usuń
    2. Ty, no Ty, jedna taka! Właśnie że przeczytałam przed napisaniem. Ale tak sobie po cichutku pomyślałam, że jak bardzo zechcę, to może on urośnie? A jak ty powiesz, że tak, i nie wyjdzie, to będzie na kogo zwalić winę?
      Takie tam moralnie dwuznaczne pultania się ogrodnika który chciałby czegoś czego nie da się zrobić ale on to i tak zrobi i już bo jest jak większość homosapiens bez pokory bez myślenia bez rozumu.
      I tak mam za dużo tych nasion. Przecież ich nie zjem.

      Usuń
  2. Tak sobie czytam o tym przechodzeniu łąk w chynch z powodu braku koszenia czy okresowego wypasu i się zastanawiam czy się martwić czy odpuścić. Z chynchu w końcu przejdzie w las, wszystkiego się nie uratuje bo... ludzie. Masz rację nie Unia, Kościół, Marsjanie tylko ludzie. Jak niepylak nie pojawia się od stu lat to sprawa chyba jest głębsza i przywrócenie łączki tak na parę lat niczego nie załatwia. O czym powinni wiedzieć tacy goście od programów i projektów, którzy nie koniecznie zawsze są stanie planować długofalowo, bo oni tu tak tylko do przyszłych wyborów, albo z panem Zenkiem się w okolicznościach na stanowisku znaleźli a potem to nie wiadomo jak to dalej będzie. Może to zarastanie nie jest najtragiczniejszą z możliwości, są gorsze.
    Co do krwiściągu lekarskiego - uprawiam w ogrodzie, w związku z tym sieje się jak złoto. Kawałek wolnej gleby i już są sieweczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czasem się martwić, czasem odpuścić. W zależności, czy jest co ratować i jaki jest rachunek zysków i strat. Chaszcze też fajne, i las też, o tym chciałam napisać... w przyszłości.
      Ci goście mogą to nawet wiedzieć (albo przynajmniej coś im dzwoni), ale mogą też nie wiedzieć albo nie chcą wiedzieć, najgorzej.
      O właśnie- kawałek wolnej gleby, widzisz Agniecha. Siewca to mówi.

      Usuń
  3. Między domem moich rodziców a sztolnią odwadniającą kopalnię była łąka.Mnóstwo czasu na niej spędzałam. Z niej pozyskiwałam też roślinki do mojego pierwszego ogródka , który mieścił się w piaskownicy. Wiosną najwięcej było rzeżuchy . Co tam biała.Wyszukiwało się tej o różowawych kwiatkach a znalezienie błękitnej to było już naprawdę coś. Przez środek łąki biegł mały rowek melioracyjny ,nad którym świetnie się miały niezapominajki, kukliki, kaczeńce i storczyki zwane kukułkami.Na wałach sztolni wiosną było żółto od pierwiosnka lekarskiego a jesienią od zimowitów. Lato to kozibrody i ich piękne dmuchawce, dzwonki wszelkie i trawy różniaste. Tam , gdzie mokrzej różowiały łany firletki poszarpanej i rdestu wężownika. Tam , gdzie mniej wody jastrun i dziurawiec. Przy ujściu rowka do sztolni ,na takim wzgórku dość suchym było stanowisko centurii pospolitej. To był prawdziwy raj. Pokaż mi Megi taką łąkę bo ja szukam i nigdzie nie widzę.Ludzie dość,że bezmyślni to jeszcze okrutni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jakie piękne wspomnienia, i ja cała jestem z takiej łąki, zmiennowilgotnej, i to był raj utracony. Pokażę, a co.

      Usuń
  4. To ja może napiszę o moim przerażeniu po przeczytaniu kilku postów na pewnym portal skupiającym ogrodników.... Przerażona jestem, bo ja jako poczatkujący ogrodnik mam wrażenie, że trzeba prsykać na wszystko - od wczesnej wiosny do późnej zimy, a ja nie mam na to ochoty. No I w dobrym tonie jest wynajdowac problem np czerwonawą nitkowatość trawnika... I na to obowiązkowo pryskać. No i ja jestem przerażona, i proszę o pozwolenie, że ja tak nie musze. Przeraziło mnie też rozpaczanie nad kilkoma koniczynkami w trawniku...to też trzeba prsykać, specyfikem na ch.. albo f .., albo w f w wielkiej dawce. Jeżeli tak ma to wygladć to ja rezygnuje, bo nie chece prsykać, nie chcę wyszukiwać czeronawej..czy jakoś tak, bo mnie się wydaję, że ta koniczyna i ta czerwona też może być potzreban? I może ja daleko w temacie od tych łąk, ale szukam uspokojenia mojego przerażenia. I jeszcze chciałbym zaprosić do siebie łąkę, tylko nie wiem jak bo w koło same nawłocie, a łąka z nawłoci to mi się już nie marzy...
    Może ja nie w temacie, ale tak jak napisałam czuję sie troszeczkę zagubiona i przerazona.
    Pozdrawiam
    Kasia P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybór zawsze należy do nas. Nie potrzeba pryskać, nie należy !!!!
      Po latach pracy w ogrodnictwie, nie bez podstaw tak stwierdzam. Cóż to za przyjemność chodzić z opryskiwaczem po ogrodzie i mordować wszystko wokół. Przecież nie o to chodzi, żeby utopić nas i nasze otoczenie w chemicznych środkach ochrony roślin. ?
      Koniczyny niech sobie rosną, bo my tak chcemy ! U mnie rosną i mnie to nie stresuje, to mój świadomy wybór.

      Usuń
    2. Kasiu - doskonale Cię rozumiem, naczytałam się też na pewnych portalach skupiających ogrodników ... z wypiekami na twarzy, przerażeniem w oczach, drżeniem rąk i przyspieszonym biciem serca ...

      Od pięciu lat, odkąd zamieszkałam w mazurskim siedlisku, czytam, słucham, szukam, bo chciałabym mieć naturalny ogród, bez chemii. Bałam się, że nic nie urośnie, grzyby, choroby, owady zeżrą wszystko, nie mniejszy stres miałam (i mam zresztą) przed pestycydami, herbicydami, fungicydami, bakteriocydami etc. Tu, na mazurskich warzywnikach, powszechne jest randapowanie międzyrzędzi, ścieżek na warzywniku, by zaoszczędzić pracy przy pieleniu. Jakiś nonsens. Opryski profilaktyczne na pomidorach, a jakże.
      Nie daję się zwariować, eksperymentuję z ekologiczną uprawą. I jest dobrze. W tym sezonie nie mam ogórków na przetwory, ale mam jeszcze jakieś zapasy ubiegłoroczne, za to mam inne warzywa b. dorodne, nawet pomidory, chociaż to nie było pomidorowe lato.
      Uczę się pokory i cierpliwości.
      Mamy kawałek ekosystemu, chcemy go chronić i dbać by pozostał niezmieniony. Wokół jednak pola uprawne nagminnie traktowane chemicznymi nawozami, opryskami. Część tej chmury zapewne wędruje nad naszym siedliskiem, opada mgłą, deszczem i rosą. No cóż, świata nie zmienię, ale tyle, ile mogę.
      Niemniej coraz więcej jest na Mazurach upraw ekologicznych, stąd łąki pełne mniszka, bławatków, maków i kąkola (dodatkowe dopłaty unijne !!)
      Pozdrawiam serdecznie
      i Megi też (dziękuję, czuję się wyróżniona)

      Usuń
    3. bardzo super, że odpowiedziałyście za mnie, dziękuję.
      Dajmy sobie spokój z tymi opryskami. Opiekujemy się mniej lub bardziej regularnie kilkudziesięcioma ogrodami. W tym roku zrobiliśmy tylko kilka oprysków na mszyce i mączniaka (środkami eko) i raz na zamieranie pędów tuj (oczywiście raz to za mało, można było w ogóle tego nie robić, ale tuje się same pozbierały). W sumie mniej niż 10 oprysków i wszystko żyje.
      Lęk i niepewność- na tym się dobrze zarabia, środki ochrony sprzedają się jak suplementy diety i ubezpieczenia. Ich reklamy odnoszą się do naszych egzystencjalnych lęków i potrzeby kontroli. Samograj i samobój.

      Usuń
  5. Chabry są przepiękne, żałuje, że teraz wszystko jest pryskane i nie ma. Jeszcze sześć lat temu chodziłam i je zbierałam, a teraz nigdzie nie ma

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozumiem Twoje zarajanie łąkami. Kto raz zobaczy ich niepowtarzalne piękno, ten wsiąkł, od pierwszego wejrzenia poraża wszystkie zmysły.
    Prawdziwych łąk już prawie nie ma w Polsce, a gdzie indziej ich powierzchnia błyskawicznie się kurczy. Przez całe moje życie w zawodzie ogrodnika brakuje mi łąk. Kiedy w końcu znalazłam czas na uzupełnienie braków, okazuje się, że do oglądanie już niewiele pozostało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak- poraża. To jest to "piękno, które boli" (jak piszą niektórzy pokazując zdjęcia palm nad turkusową laguną).
      Znalazłam czas- brzmi dobrze. Znalazłaś, bo szukałaś :-) dla nas jeszcze wystarczy, ale chciałoby się więcej.

      Usuń
  7. Dzięki za podpisy pod zdjęciami. Proszę o więcej traw z łąk (i podpisów).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok ;-) podpisy, powiadasz. Czasem myślę, że jak podpiszę, to udupiam czytelnika jako zielonego ignoranta, a jednak tak o nim nie myślę.

      Usuń
  8. Łejesssuuu, Megi... Jestem teraz w temacie unijnej ochrony po uszy. Do porzygu wręcz. Umyślili sobie u nas w urzędzie startować po środki, by ogarnąć tereny nad Wartą. Włączyli mnie w opracowanie wniosku. No i pięknie - ciepłolubne murawy napiaskowe mamy, stanowisko monitorowane, Natura 2000 i inne cuda wianki. Żyć nie umierać jak się tak nos w to wsadzi. I jest dla tegoż placka plan ochrony RDOŚa pacnięty. I jak krowie na rowie o koszeniu wpisane, o terminie, wysokości, zbieraniu materii organicznej coby nie nawoziło zbytnio. No po prostu jaśniej się nie da. I co? I referat gospodarki zleca koszenie wcześniej o miesiąc, bo tak akurat pasuje "kosiarzom" i żeby przypadkiem "tego żółtego nie cięli" (tak, tak - nawłoć kanadyjska), bo "tak ładnie wygląda". I jak tu powiedzieć, skądinąd miłej (ale starszej i dłużej pracującej tu) koleżance, że jej zalecenia są tak debilne, że mi się nóż w kieszeni otwiera? No powiedziałam, tak delikatnie tym planem ochrony się podpierając... "Wiesz Ania, oni już tam kosili, to przypomnij mi w przyszłym roku.". W przyszłym roku to gówniana nawłoć jeszcze więcej terenu pochłonie :/ Witki opadają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstrząsająca niekompetencja......, jak wszędzie...

      Usuń
    2. Ania przypominaj, drąż i awansuj jak najszybciej :-D

      Usuń
  9. Bardzo ciekawe zestawienie. My ostatnio pod wrażeniem późnoletniego aspektu łąk naturalnych, pastwiskowych, górskich. Oj, ile to daje do myślenia... Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak. Nie mogę przestać o tym myśleć i pisać, nudziara od łąk ;-)

      Usuń
  10. Megi, dziękuję za ten wpis. Mam dużo roślin u siebie z tych wymienionych przez Ciebie. Uciekają do mnie do ogrodu przed rdestem, tym co teraz kwitnie i nawłocią wszędobylską. Mam też tego rozchodnikowca. Dziwiłam się skąd się wziął, przecież go nie sadziłam. Nie wiedziałam co to. Może i te motyle mam?
    I mam 2 piękne łąki nieopodal ale trzymam w tajemnicy. Jakie tam rosną zioła! I taka mi myśl przyszła do głowy odnośnie słowa "mam" - ono wyraża antropogenizację natury, to branie w posiadanie. Lepsze jest słowo "być - jest - są". No więc są u mnie te rozchodnikowce, żmijowce i inne dzwonki. Nie ma nawłoci i rdestu. Serdecznie Cię ściskam, Pszcz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. rdestem... ostrogorzkim?
      "Nie sadziłam, a jest" niektórzy interpretują jako "uciekł z ogródka", a on przecież jest u siebie.
      Tak, lepsze jest "być". Byłam ostatnio w twoich okolicach, łąki piękne, może kiedyś pokażesz mi "swoje" :-)

      Usuń
  11. I tak można by z tobą po tych łąkach spacerować i spacerować... Bardzo to wszystko pouczające. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy jak dużą rolę w powstawaniu łąk odgrywa działalność człowieka. Tak bardzo naiwnie mi się kojarzą z sielskim rajem utraconym. Ale po tym, co u ciebie czytam to mam takie przemyślenie, że to w sumie dość delikatny i potencjalnie bardzo nietrwały ekosystem, wiec może i dobrze, że taka moda nastała. Z zainteresowaniem przyglądam się próbom tworzenia łąk kwiatowych w moim mieście i faktycznie różnie to wygląda i z terminami koszeń też niekoniecznie szczęśliwie. Ale póki co próby są i niech ta moda trwa jak najdłużej.

    OdpowiedzUsuń

napisz, to miłe! dziękuję!
(moderuję komentarze do starszych postów :-)