od początku

sobota, 13 października 2012

post sprzed tygodnia

Trawnik czeka, czeka nie- podlewanie, rośliny spontaniczne vs rośliny okrywowe też... i jesień, i koty, i Landesgartenschau...
Spędziłam tydzień na chorowaniu, doglądaniu prac w ogródku (tym ze zmiętym bluszczem;-p), przygotowaniu ok. 700 slajdów na kurs ogrodowy- jakoś te używane przestały mnie się podobać.
A poprzedni weekend był nostalgiczny, jesienny, ciepło- zadeszczony...
Mieliśmy zamiar pojechać tu i tam, ale okazało się, że trzeba przez Kruczą Dolinę.



A dni takie krótkie.
Czeba spać.
Zajechaliśmy na noc do Art- Baru (wiem, nie brzmi dobrze) w Chmieleniu.
Jako i osiem lat temu, kiedy robiliśmy projekt dla pewnego hotelu w Świeradowie Zdroju, mała Marysia uczyła się chodzić, a jej tato doglądał konie, owce i kozy.
Siedem lat temu, kiedy sklejałam się w małą kupkę nieszczęścia, Weganka spała w łóżku księżniczki, a tato Marysi karczował siewki brzóz na swoich polach.
Kolejne kilka lat temu, kiedy znowu pracowaliśmy w Świeradowie, była zimna wiosna, nie udało mi się uratować kota, który wpadł/ktoś go wrzucił do potoku we wsi, Marysia podawała gościom cukier, a jej tato obsiewał łąki.
Prawie dwa lata temu, kiedy przyjechaliśmy po kredens, a ja obfotografowałam nostalgiczny krajobraz mojego serca.
I tydzień temu. Wygaszone okna, grupka facetów rozpijająca litra na ganku, wśród nich tato Marysi, mówi, że przespać się to tak, kolacja raczej nie.
Ale herbata tak.




A przy herbacie: Marysia z mamą już tu nie mieszka, konie i kozy też się wyprowadziły, dom (600 m2- wybudowany podobno jako dom zgromadzenia sióstr zakonnych, podczas wojny przejęty przez jakiegoś wojskowego- btw, GDZIE JEST HYDRAL???), razem z zabudowaniami gospodarczymi, wyposażeniem (tato Marysi skupuje i renowuje antyki) i 50 ha łąk jest do sprzedania.
Co jest skutkiem, a co przyczyną.
Podobno z łąk, a właściwie dopłat na nie, można dobrze żyć. Dobrze, ale już nie lepiej- brykietowanie siana byłoby opłacalne, ale nie da się/nie opłaca się zatrudnić pracowników.
Nie można zostawić gospodarstwa choćby na chwilę, bo nie ma komu, wszyscy trzeźwi są w Niemczech.
Dość już tego, codziennego zabiegania, starania, przedzierania się przez trud życia, za pieniądze ze sprzedaży można wyjechać choćby na Florydę, gdzie ciepło i paliwo tanie.


Rozmowa toczy się dalej przy śniadaniu, w końcu szczęśliwe kury oferują jajka, jest co jeść, jeszcze nie umieramy.
W telewizorni w tle program "Polska wg Kreta", widzę pierwszy raz, nie mogę się zorientować, gdzie ta Polska, który to park linowy, basen z pływającymi w balonowych kulach osobami, tor quadów, może góry, może morze, na pewno nie Chmieleń, tu nie ma takich atrakcji, może jakby były, to sprawy potoczyłyby się inaczej.
Trochę smutno, trochę to znamy. Tak wygląda nostalgiczny Dolny Śląsk.
Żeby nie było: tato Marysi nie jest żadnym nieudacznikiem i malkontentem, gospodarstwo sprzedaje od dwóch lat, ale inwestuje w nie, a zabudowania remontuje.
Kupujemy kilka secesyjnych gadżetów i nieco szpejów, na pewno nie opłaca się już grzać do Niemiec, zresztą pada, gnębi mnie przeziębienie...


Decydujemy się wracać przez Dolinę Pałaców i Ogrodów, oglądamy Maciejowiec, Łomnicę i Wojanów, i robi się jeszcze bardziej nostalgicznie... tak rodzi się kolejny wątek cdn...




Wieczorem przez sen słyszę w wiadomościach entuzjastyczne wykrzykniki pod adresem Polskiej Doliny Loary i wydaje mi się, że mam naprawdę wysoką gorączkę. Bo jak to, skoro jest tak? Czy naprawdę ta Wawa jest tak daleko?
Refleksja okołotematyczna: czytam kilka blogów o mieszkaniu na wsi/przeprowadzce z miasta na wieś/realizowaniu marzeń o mieszkaniu na wsi.
Ktoś tam mieszka, pracuje gdzie indziej, codziennie przemierza kilometry między miastem a wsią.
Ktoś zmienił swoje życie tak, żeby mieć pracę blisko domu na wsi, którego jeszcze nie ma.
Ktoś szuka spokojnej przystani, wiek zwolnił go z pracy i może wybierać.
Ktoś ma zamiar połączyć mieszkanie z pracą (warsztat) albo już to robi (agroturystyka).
Ktoś musi wziąć sprawy we własne ręce, a wieś bardziej nadaje się dla jego planów.
Gdybym miała zmienić swoje życie w ten sposób...
... to  nie mogłabym kierować się sercem.
Tylko racjonalnie wybrać miejsce, w którym mogłabym realizować plan.
Ciekawe, jakie to byłoby miejsce. Jaki plan. Jakie to będzie miejsce. I plan.
Ostatecznie wolałabym jednak, żeby moja polana była wszędzie, dokądkolwiek się udam.
To co? Porozmawiamy? Powiecie mi, jaki jest WASZ plan?







Dobra wiadomość: secesyjne gadżety, w tym jeden ewidentnie nadający się na złom, przetrwały na pace kilka godzin, we wsi. Ełropa, panie.

Pozdrówka, Megi.

33 komentarze:

  1. Zbyt precyzyjne plany nie służą mi dobrze.
    Ale może kiedyś jakieś powezmę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też tak mam, zgodne to z podtytułem bloga, ale może kiedyś?

      Usuń
  2. Plan dwuczęściowy: pierwsza część to Rysio :) Z zatrważającą prędkością zbliżający sie Rysio. Druga część planu bardziej rozbudowana i prawie samobójcza, ale raz się żyje. Zobaczymy, co Mały On pozwoli nam zrealizować, bo to koniec życia "na żywioł". Krucza Dolina Urocza. Ave dobry plan! Ewe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na szczęście dzieci nie zmieniają życia tak bardzo, jak nam się przed nimi wydaje, robią tylko małą rewolucję w momencie pojawienia się. Chociaż ostatnio histeryczny świat przekonuje nas, że jest inaczej- zdecydowanie wolałam te czasy, kiedy dzieci miało się przy okazji.
      Ciekawam planu, chciałabym śledzić;-)

      Usuń
  3. Ta podróż nostalgiczna daleko od Wa-wy, ale wystarczy od niej odjechać na 30 km żeby sprawy o których piszesz nabrały sensu, były zrozumiane. Krucza Dolina urocza, nawet dzisiaj w trójce radiowej słuchałam o tych zamkach i pałacach na Dolnym Śląsku, o tej naszej rodzimej Dolinie Loary, może to chęć promowania tego regionu. Taka ta Polska nasza i mała i duża, czasem zastanawiam się czy my aby żyjemy w tym samym kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, a ja słuchałam o jakiejś sztuce teatralnej, której pomysł zasadza się na tym, że PKP jest złe. Uczestnicy dyskusji mówili o tym, jaką traumą jest napotykanie w swoich zakupach zepsutego serka i bezskuteczne reklamowanie go. To chyba rzeczywiście nie jest ten sam kraj.
      O Dolinie Loary napiszę zaraz, dzieje się tam dużo dobrego, ale to kropla w odmętach zmarnowanych dóbr.

      Usuń
  4. A my tam nabyli siedlisko i 4 ha z hakiem bez planu, na żywioł, ale my są już trochę starzy (ale bardzo młodzi rolnicy), niemniej prawda jesat taka, że trzeba w wawce zapindalać, bo tu, na wsi wyżyć da radę, ale inwestycje są ogromne, żeby odremontować i przywrócić do życia to, co jest tego warte, dla siebie, dla licznej rodziny, dla marzeń swoich i tych, co to miejsce tworzyli kiedyś, kiedyś.
    Przewartościowało się wsio, niespodziewanie, ale jak dobrze się stało. Dla takiego miejsca warto było żyć, jak diametralnie zmieniło się nasze życie. Mamy nowe marzenia, nowe wyzwania. Cieszą nas zupełnie nowe świty, nowe zachody słońca, widoki po horyzont i nowe kalosze, koniecznie o numer za luźne, bo łatwiej zdjąć i czasem dodatkową skarpetę trza założyć, i nowe rękawice robocze, bo stale gdzieś się gubią ...

    Jest i druga strona medalu ... "wygaszone okna" ubodły mnie strasznie !!!... może mieli podobne doznania na wstępie, marzenia ... ale nie chcę o tym myśleć Megi; "wygaszone okna" żałobny wydźwięk mają, niemniej nie zniechęcisz nas ... bo sama dobrze wiesz, że nawet przy "wygaszonych światłach" domu, jeśli ogród wokół żyje, to wszystko jest OK i tu nie chodzi o wykoszony trawniczek ...

    "Ostatecznie wolałabym jednak, żeby moja polana była wszędzie, dokądkolwiek się udam." - Megi, też tak myśleliśmy ... a może to z prozaicznego powodu, że się starzejemy? Wychowaliśmy trzech synów, już są bardzo dorośli, braliśmy udział w niejednym wyścigu szczurów ... stolyca żądzi się swoimi prawami, jest łatwiej, ale i zdecydowanie trudniej, krwiożercza dżungla ...
    Pieniądze, trzeba pracować za kasę, bo jest niezbędna. By było łatwiej i ładniej. Tylko czy musimy ją zdobywac po trupach? Czy tak wiele nam jej potrzeba by cieszyć się życiem?
    Zdecydowanie wystarczy już tych moich wywodów.
    Megi, prowokujesz, ale może to dobrze, bo czasem trza się zatrzymać i zastanowić ...
    dobrej nocki życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, co racja to racja z tymi kaloszami...
      Fajne są takie rewolucje z porywu serca, popieram i kibicuję. I rzeczywiście, "w pewnym wieku", a może i niezależnie od wieku, nie potrzeba wiele, żeby cieszyć się życiem i doceniać je.
      O ile wiem, nie żyjecie tylko z tego, co urodzą te 4 ha? Trzeba się kręcić tak czy inaczej?
      Wygaszone okna- no właśnie, każda historia może się skończyć dobrze lub źle. Chociaż nie wiadomo, co jest dobrze, a co źle.
      Mam swoją polanę i kiedyś myślałam, że tam osiądę. Ale czas się odwrócił i... pomyślę o tym później.
      Dziękuję za tak piękny i długi wpis!

      Usuń
  5. Następnym razem zapraszamy na nocleg do Mirska.
    Wtedy sobie pogadamy...niekoniecznie o planach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, Drugie Ktosie;-)
      Wiedziałam, że wyjechałam nieprzygotowana... tu Ziły, tu Mateus, Neustechow też na szlaku pałaców i ogrodów, a ja tu bez namiarów. Następnym razem, z przyjemnością.

      Usuń
  6. o, to ten Art-Bar, o którym kiedyś pisałaś u mnie! muszę w końcu tam zajrzeć. Z talarem :)Plany! będziemy je snuć, kiedy uporamy się z prozą życia(czyli kredytem hipotecznym), niestety nikt nam nie mógł nam dać lokum w prezencie, więc pałujemy się z taką formą uwiązania...Ale obecność Ruderii daje nam nadzieję na...coś. Jeszcze Ptak nie wykluł się z jaja, tak ostatecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawam planu, tak sobie myślałam, że to dom letnio- wakacyjny z potencjałem na kiedyś... ale przecież nie wiem.
      Weź dwa talary:-)

      Usuń
  7. Piękne zdjęcia .... :-)
    Ja już swoje plany życiowe zrealizowałam, więcej już nie zrobię,
    a to co jeszcze zrobię, to traktuję jako prezent od losu :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie zdjęcia piękne, tylko pięknie jest, wystarczy to odwzorować na matrycy;-)
      Piękne słowa- spełnienie czy smutek?

      Usuń
  8. Megi jak sie uporamy z remontem to zapraszam do nas, dom jest duzy....i z duszą w samym centrum Magicznej Wsi....
    marzenia a plany to dwie różne rzeczy.... ja marzyłam o mieszkaniu na wsi od kiedy pamietam, ale życie było brutalne i mieszkałam 60 lat w zadymionym kiedys w teraz opuszczonym Wałbrzychu....
    marzenia sie zmaterializowały.... a ja juz nie marzę o jakichkolwiek zmianach....marzę abym w zdrowiu doczekała usamodzielnienia sie najmłodszej córki, i nacieszenia sie tym co mam....
    chociażz chciałabym doprowadzic dom i ogród do stanu swietności....
    ale czy mi będzie dane ?

    może i ja wybiore sie do tego Art- Baru ?
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiem, ty jesteś jednym z Ktosiów, który osiągnął cel. Nawet jeżeli wciąż o czymś marzy.
      I naprawdę twoja wieś jest magiczna.

      Usuń
  9. Megi, nas też byłaś blisko, ale widzę kolejka długa... U nas plan niby był niby nie, na dom zdecydowaliśmy się w jeden dzień, do pracy dojeżdżamy 15 km do J.G. Mamy własną działalność i niby nie musimy być w niej codziennie i od do, ale jednak to jest praca w mieście, a ja nie ukrywam, że chciałabym zaszamotać tak żeby pracować na miejscu. Czy się uda, czas pokaże. Po 10 miesiącach mieszkania na wsi wiem, że nie chciałabym wrócić do miasta, a słysząc pytania w stylu "to co Wy tam robicie na tej wsi?" już tylko się uśmiecham (wczoraj np. zwoziłam taczką drewno do kominka i po 10 kursach byłam tak uchachana, że nic mi więcej do szczęścia nie było potrzebne, w mieście nie miałam takich atrakcji). Wiem, że niby człowiek nie powinien się kierować sercem, ale wydaje mi się, że gdybyśmy się długo zastanawiali i myśleli nad decyzją na wszystkie strony to moglibyśmy dalej mieszkać w mieście (bo w naszym przypadku - tak łatwiej), a tęsknota do takiego prawdziwego wiejskiego, prostego życia tkwiłaby w nas niezaspokojona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pisałam, że "czytam kilka blogów", i było w tym nieco przesady, bo rzadko do ciebie docieram, i powinnam to zmienić. Życie na mojej polanie właśnie na tym miało polegać, że mieszkam te 60 km od miasta, ale pracuję głównie zdalnie. Ekhm, to były mrzonki, nie dość, że muszę często być fizycznie "w pracy", to jeszcze w mieście. Zawiesiłam te myśli na kołku.
      Fajnie, że masz tyyyle atrakcji i ubaw po pachy na swojej wsi!

      Usuń
    2. Z tym czytaniem to nic nie straciłaś, bo od kilku miesięcy na moim blogu błoga cisza, życie wiejskie mnie wciągnęło bez reszty, ale jesień idzie i wrócę do pisania (zakładam, że tak) :)

      Usuń
  10. Poskrobałaś do kości, kobieto ...

    Cierpię na chroniczną życiową bezplanowość.
    Co nie oznacza braku marzeń. Do marzeń jednak nigdy nie są doczepione :
    cele, plany realizacji celu, narzędzia do uzyskania ..., planowany czas realizacji, środki do ... itd. Jest to pewnie jakiś
    rodzaj kalectwa, aczkolwiek pewnie można tej przypadłości nadać jakieś przyjemnie brzmiące nazwy.
    Odwaga/głupota wykonania skoku na głęboką wodę, krąży w moim krwioobiegu pomrukując cichutko i czeka na swój czas.
    Gdyby ktoś, przed tym skokiem, kazał mi się nauczyć pływać, to koniec ze mną. Nie potrafię, nie mogę, to mnie przerasta, boję się!!!
    Dlatego życie układa mi się tak, a nie inaczej.
    Dlatego NAJPIERW sprzedaliśmy mieszkanie, a PÓŹNIEJ szukaliśmy domu.
    Dlatego znaleźliśmy go 600 km od Krakowa.
    Dlatego zamieszkaliśmy w kompletnie nie wyremontowanym, z resztkami okien i dachu.
    Dlatego w takim przeżyliśmy pierwszą zimę.
    Dlatego któregoś dnia skończyły się pieniądze ze sprzedaży mieszkania. Musiały się skończyć, prawda? Wszyscy o tym wiedzą.
    Nie mieliśmy żadnego planu, ani nawet bladego pomysłu, na życie na wsi. Na zarabianie pieniędzy, bez których nie da się żyć.
    Dlatego mój blog zaczyna się od klęski, która wydaje się nieoczekiwana i niesprawiedliwa, a jest po prostu oczywista.
    Minęło siedem lat.
    Wciąż Żyjemy:)
    Życie upomniało się o nas. Przychodzili ludzie i coś mówili. Z potoków słów wydobywały się "słowa kluczowe". Tak znalazła się praca na etat dla Pawła. Tak znaleźli się goście. Tak z mleka powstały pierwsze sery i wciąż jest ich za mało ... I pierwszy raz od siedmiu lat, mamy prawie wystarczającą ilość opału na zimę.

    Uwaga! Nie naśladować!!! :)
    Jedyne co mogłabym doradzić - jeżeli ktoś cierpi na bezplanowość, niech ma oczy i uszy otwarte!
    No to hejaaa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czytałam oczywiście o początkach, ale dopiero teraz wiem, jak było.
      "NAJPIERW sprzedaliśmy mieszkanie"...
      Magdo, jesteś nieustraszona. Może i nie naśladować, ale nic się nie stanie, jak ktoś jednak się zdecyduje na naśladownictwo bez planu, bo każda historia może skończyć się dobrze lub źle, i to w dużej mierze zależy od tego, jacy jesteśmy i jak to zakończenie postrzegamy.
      A poza tym wcale się nie skończyła:-)
      no i dobrzy ludzie musieli spotkać innych dobrych ludzi.
      To hejaaaa!

      Usuń
  11. Niom...stare rudery, wyciągają swoje łapki po nas...Po tych, którzy mogą, chcą się nimi zaopiekować. Co niektórym już czasem ręce wyciągają się jak u orangutanów lub innych tam nam bliskich, od roboty, od problemów, od...rąk "opadywania"....Bo, że czasem ręce "opadywują" to każdy przesiedleniec wie. U nas plany raz są, raz je proza życia zmywa łzami i lekką goryczką, która raczej apetytu na życie nie zaostrza. Młode- małe, one to dają kopa i chęć do życia kiedy pozostałe inne pierwiastki życiowe zawodzą...
    Krajobrazy pikne, jesień już sapie za uchem, choć u nas Pogórze i mniej kolorowo. Ta lampa jest piękna ! :)
    buziole!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opadywują, bywa, i skrzydła marzeń tez opadywują podcięte rzeczywistością, i plany się chwieją i łamią, ale- kto, jak nie wy? Twardzi z was przesiedleńcy.

      Usuń
  12. Małgoniu, a było zajechać do nas, zapaliłabym świece, Padre napalił w kominku, herbatka z malinami by się znalazła, a i naleweczka malinowa dobra na jesienne schorzenia wszelakie... tylko wtedy nie byłoby tego postu... ;-)) (a tak, prawda, że go nie było, ale ja też umiem rozpalać ;))
    Ty najlepiej wiesz, jaki mamy Plan... i może to nie będzie TAM, ale gdzie bądź by nie było, musi się udać, bo nie ma innego wyjścia... a w razie czego PLAN będzie ewoluować, aż się dopasuje do realiów albo realia do niego. I uwierz, ale nie ma chwili, żebym nie myślała, nie kombinowała jak TAM będzie i co zrobić, żeby się udało. A dużo pokory jest w nas, więc nawet gdybyśmy musieli zaczynać wszystko od nowa, to damy radę, no.
    Ale to tak pewnie jest jak u Magdy - to są marzenia, a nie plany. Ale hejaaaa!
    A jeśli chodzi o "polską Dolinę Loary" to się powstrzymam od wulgaryzmów.
    Ściskam czule
    a maliny wciąż dojrzewają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, było było, kto się tak zajmnie człowiekiem, jak nie Inkwi słodka, ale my wciąż mieliśmy zagraniczne cele przed oczami...
      Wy to takie Ktosie, których kapitalizm wypluł;-) nie jest to pejoratywne bożebroń, raczej myślę o waszej alternatywności i outsiderstwie.
      Na tyle duzi, żeby elastyczne zmieniać PLAN, na tyle zdeterminowani, żeby wcielać go w życie, no i macie młode wsparcie przede wszystkim.
      Ale chyba to na razie bardziej marzenia, niż plany... nie szkodzi- hejaaa!

      Usuń
  13. Megi ... no to dałaś do myślenia...
    ja na razie między jednymi grzybami do marynowania a nawlekaniem innych na nici. Można wtedy podumać o tym czy owym pod warunkiem, że akurat w lewituje gdzieś w przestworzach pewien Felix co to skakał z tej mega megi hiper wysokości.
    A Nasz Plan to Nasza Polana, która w mózgu już funkcjonuje od lat można rzec... ale wiemy i zdajemy sobie sprawę z faktu, iż życie nie raz ją zweryfikuje... jednak każdy z tych, co już ten plan ma przynajmniej zmaterializowany, wie że owa materializacja daje MOOOC energii. I jedni mają hipoteczne na głowie, inni ciułają zagramanicą ale ważny jest cel i zmierzanie do niego.
    I żeby ten romantyzm z racjonalizmem dały się idealnie połączyć, co pewnie jest nieosiągalne w każdym przypadku ale jak piszę powyżej.. dążenie do ideału... - to chyba dobre zarówno droga i plan na życie bo... mobilizują, bo dają siłę, czasem podcinają skrzydła ale tylko po to by znów ulecieć i lewitować? :-) ściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie szczegółów waszego Planu jestem szczególnie ciekawa... bardzo bardzo... bo z jednej strony: zmiana totalna, z drugiej MOOOC.
      I realizacji Planu też jestem ciekawa, i będę mooocno kibicować:-) oraz lewitować.

      Usuń
    2. Megi jak znajdę czas a przy okazji będzie odpowiedni klimat to Ci wszystko napiszę.
      Cmok

      Usuń
  14. tak jak lubię czytać Twoje posty, oglądać Twoje zdjęcia, popadać w zadumę, zastanawiać się przy tym nad wszystkimi aspektami życia, tak lubię Ciebie kochana słuchać:) i wykładu o Dolinie Loary posłuchałabym jeszcze raz!! buzi kawa może w czwartek? piątek? buziaki Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-DDD, :***. W czwartek lub piątek, tak. Znowu dzisiaj dzień mi przeciekł między palcami, cóż, jesień.

      Usuń
  15. Przepiękne zdjęcia! Cóż, mój mąż urodził się w warszawie ale potem mieszkał na wsi i za nic nie da się z miasta wyprowadzić. Ja choćby dziś, bez planu ale życie ma swoje ograniczenia. Nie zawsze ma się to o czym się marzy. Miasto jest niewdzięczne, wyrzuca z pracy, nasyła kłopoty i rachunki a my jak barany..Oj rada dusza..pozostają wyjazdy i zapamiętywanie obrazów głęboko w sobie. Kibicuje tym, którzy mogą i chcą. powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. każda sytuacja ma zady i walety, powiadają. Z miasta można zawsze wyjechać na chwilę lub na dłużej, prawdziwe wiejskie życie uwiązuje obejściem, zwierzakami... a marzy się najczęściej o tym, czego nam brak:-)

      Usuń
  16. Witam. Piękne, jesienne zdjęcia. Światło tworzy wspaniały nastrój. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

napisz, to miłe! dziękuję!
(moderuję komentarze do starszych postów :-)