od początku

sobota, 21 listopada 2015

wielkie projekty. Druga strona.

piąteczek, piątunio, zajmijmy się tym, co lubimy najbardziej
jedne pijo
inne blogujo
chociaż jak skończę, to już nie będzie piąteczek.

Wielkie projekty budzą... większe emocje.
Początki ogrodu z poprzedniego posta chyba wam się podobały, chociaż często ja wolę naturę i spontan...
tak, popatrzeć. We własnym ogrodzie, moi mili, nie oprzecie się grabieniu liści, usuwaniu chwastów, macie na to mocne argumenty. Ogród to ogród, wasz salon, macie parcie na meblowanie... i na gromadzenie kolekcji pięknych durnostojek, znaczy roślin. Później trzeba je odkurzać... to znaczy podlewać, ratować przed zarośnięciem... i ani się obejrzycie, a stajecie się niewolnikami przestrzeni.
Good for me.
Kto nie zbierał śliwek robaczywek (Marlena), nie sadził jak opętany roślin odpornych na wodę w piwnicy (Tupaja), nie podwiązywał piwonii (Aneta), niech mi tu nie prawi, że woli spontan.
Agniecha i Barbara jako kolekcjonerki na odwyku nie czytają listy roślin :-))) brawo one :-)

No dobra, ogród to ogród, nic a nic się nie śmieję.

Padło kilka pytań.

W Twoim projekcie uderzyła mnie przede wszystkim skąpość gleby, bo tam praktycznie wszędzie z rozpierduchy wystawała goła skała. I jak tu na tym rosnąć?- odpowiem tutaj, bo to ciekawy temat.
Mam gdzieś zdjęcie, na którym las okazałych, kilkudziesięciometrowych buków rośnie na półmetrowej warstwie gleby. Dokładnie to widać, bo rośnie na skraju kamieniołomu wapienia w Szwecji. Oczywiście ta gleba jest dla drzew nośnikiem wody i substancji mineralnych, a kotwiczą się głębiej, w szczelinach miękkiej skały- ale faktem jest, że rośliny wcale nie potrzebują dużo gleby.
Dla bylin wystarczy 30 cm, dla różaneczników, azalii, róż 50 cm i taka właśnie warstwa ziemi urodzajnej została nawieziona. Kosodrzewiny mogą latami rosnąć w "donicach", które zostały dla nich wykute w skale.
Ważne, żeby ta gleba była odpowiednio żyzna i przepuszczalna, żeby zawierała dużo kompleksu sorpcyjnego, w tym przypadku kompostu.
Jeszcze ważniejsze jest to, żeby woda miała gdzie odpłynąć od korzeni, żeby rośliny się nie utopiły. Mało jest rzeczy równie złych dla ogrodu, jak stagnująca woda.
Trochę się o to martwię, bo nawieziona ziemia- mimo że rozluźniona piaskiem rzecznym- jest zwięzła, jak to pod górami. A leży na skale.
Od posadzonych między domem a nawierzchnią różaneczników powinna odpłynąć grawitacyjnie przez podbudowę nawierzchni. W ogóle spadki ratują sytuację :-)

Skąd bierzesz odwagę, zapytała Magda S.
Od ludzi, Magdo. Tych, którzy we mnie wierzą. To, że piszę, że czytacie, że piszecie, że muszę do was dorosnąć, daje mi siłę.
Ten blog był bardzo dobrym pomysłem :-)
Biorę ją też... z porównania, jakkolwiek to zabrzmi ;-)
I z tego, że w robocie pojawia się dużo problemów do rozwiązania i je rozwiązuję.
Słowo klucz to sprawczość. W mojej pracy dużo ode mnie zależy. To oczywiste, że człowiek z poczuciem sprawczości czuje się lepiej i może więcej niż ten, którego szef odwoła ze stanowiska podczas urlopu na greckiej wyspie. Nawet jeżeli nie stać go na grecką wyspę.

Zależy dużo, ale nie wszystko.
Żal mi tego miejsca. Betonowanie Izerów rozpoczęte?- zapytała Ewa, Zielona Metamorfoza.
Mogę się tłumaczyć, że betonowy mur i bezsensownie nieużyteczna skarpa to nie mój pomysł, że miały być tarasy prowokujące do zbiegania wachlarzami schodów, że nie wszystko widać na zdjęciach...
ale Ewa ma rację, pisząc nie podoba mi się skala. [...] Od wieków w górach używano w celu zatrzymania ziemi kamiennych murów i murków. Beton jest kompletnie obcym materiałem. Wiem, takie rzeczy powinny regulować przepisy, ale tego nie robią. Pozostaje więc wrażliwość na przyrodę, tradycję i zdrowy rozsądek.
Ma rację i nie ma racji.
Czuję się wrażliwa na przyrodę, ale nie wszystko ode mnie zależy. Nawet, powiedziałabym, mało ode mnie zależy.
Używano od wieków, ale nie jestem pewna, czy to do mnie przemawia. Za to często mówią do mnie ścieżki ze spienianego betonu prowadzące przez bambusowe gaje, trzęślicowe rabaty z niebieską goryczką, zagajniki trzeciorzędowych roślin. Coś, co nie powinno mieć miejsca w danym czasie i miejscu.
Na zdjęciach nie widać granic kompromisu. Każdy ma inne, prawda? Ileż dyskusji o tym było- klient chce tuje, to sadźmy tuje i dalej w tym duchu.
Moje granice kompromisu, dzięki poczuciu siły i sprawczości, są dość blisko mnie.

Nie zawsze wystarczająco blisko.
(i tu nastąpi opis przykładu, który przeniesie ten wpis daleko poza piątek)
Rok temu skusiliśmy się na realizację innego wielkiego projektu- nie mojego projektu.
Im bardziej mu się przyglądałam, tym bardziej mi się nie podobał.
Im bardziej go realizowaliśmy, tym bardziej czułam, że nie powinniśmy tego robić.
Nawet tutaj zżymałam się kilkakrotnie na projekt i na inwestorów- że zniszczyli murawy kserotermiczne, przeorując je z obornikiem (a projektant im nie powiedział...), że projekt jest antyprzyrodniczy (zawiera rośliny inwazyjne, intensywnie zagospodarowane hektary), niedopasowany do miejsca (takiego krajobrazu, a nawet tuje się w nim znalazły) i ludzi (a bo ja wiem zresztą, arogancki i obsługowy jak oni), że koszą jak opętani to, co jeszcze ładnego się uchowało, bo nie jest to trawnikiem... i nie dają się przekonać do sensownych rozwiązań, jak koszone/niekoszone...
no cóż, wyraźnie nie zażarło.
Powinnam była zawczasu pomyśleć o granicach.

Źle mi się krytykuje, bo projektant jest moim kolegą, naprawdę dobrym i fajnym kolegą.
(a właściwie dlaczego źle?
ja np. cenię sobie konstruktywną krytykę Ewy i nic mi ona nie robi, poza tym, że odebrałam ją jako nieco niesprawiedliwą- ale wiem, że to dlatego, że Ewa może się tylko domyślać, co i jak. Temu się tłumaczyłam :-)
Pewnego razu w internetach mój wpis z pałacem w tle wyhaczył właściciel tego pałacu. A napisałam tam, że nie podoba mi się jego iglakowa skarpa. A właściwie nie, że mi się nie podoba, tylko brzydka i zła jest.
Pan się uniósł i groził sądem za naruszenie prawa własności, jeżeli nie usunę zdjęć.
Ja się uniosłam, bo fotki takie, jak w Panoramio i na dolnyslask.org, tylko komentarz nie teges. Totalnie w prawie byłam, żeby sobie wisiały.
No i już miałam podnieść larum, że blogera bijo... ale jednak usunęłam zdjęcia. Bo pomyślałam, że może mu przykro.
I tak mu było przykro, bo zamiast zdjęć zostawiłam komentarz będący cytatem z jego niemiłego maila :-)
Co ja piszę? a, że jak krytykujesz kogoś anonimowego, to łatwo to przychodzi. Jednak jeżeli jest znajomym albo pomyślisz, że może mu będzie przykro... to nagle robi się źle.
Dygresja taka.)

W każdym razie chciałabym sobie już ten temat odhaczyć. A żeby dobrze odhaczyć...
Taki krajobraz.
Widzicie ptaszka? niefotografowalny raniuszek. Cała droga dźwięczała ich dzwoneczkami, huśtały się na gałązkach metr od.
Na tej łące spałam, Barbaro, na początku listopada. Taka Godzina Na Ziemi.
 Cały utkany ze światła, mgły i babiego lata w pastelowe paski.

I taki ogród.
Normalna roślinność tylko na samym brzegu :-(
Taki byłby widok z domu... gdyby na jego tle nie rosły sosny. Himalajskie.
Na zdjęciach jest łąka w bardzo różnych stadiach- duża jest, to i długo się robiła, tu zasiana, tam już wyrosła. Taki etap- milijony komosy- jest jak nabardziej naturalny, koszenie załatwi sprawę.
Czy tylko mnie coś tu nie gra?
Pamiętajcie- komuś może być przykro :-)

Czego się nauczyłam na tym przykładzie?
-  że najważniejszy jest krajobraz. Pisałam o tym w linkowanych wyżej postach:
Kiedy odwrócisz się tyłem do ogrodu- widzisz Krajobraz.
O niego tu chodzi, on jest ważny.
Po pierwsze- nie szkodzić. Nie zepsuć.
- patrzeć głębiej w siebie i przynajmniej próbować nie działać wbrew sobie
- delegować zadania. Prawie się tam nie udzielałam, wszystko jest dziełem zespołu (pod kierunkiem TP oczywiście). Poradzili sobie świetnie, chyba też dużo się nauczyli.
- kilku zastosowań bylin. Dobór roślin to bardzo indywidualna sprawa, każdy ma jakieś bliskie sercu. Ja lubię te "naturalistyczne" i bezproblemowe, czyli trwałe, stabilne, szybkorosnące. Słonecznik ze zdjęć powyżej wchodzi do kanonu.
- czegoś o facetach- potrafią zaprojektować rabatę z 400 szt. liliowców jednej odmiany o_o

Tak że ten. Wielkie projekty to większe problemy i odpowiedzialność. Również wobec siebie.
Z ulgą wrócę w tekstach do małych ogródków i małych podróży. WzWD napisała:
(...) człowiek czasami sam nie wie, co jest jego chwałą: Andersen też nie szanował swoich baśni.
I to jest jedno z najpiękniejszych zdań, jakie ostatnio czytałam.
(teraz wszyscy myślą intensywnie, kim jest WzWD)

Pozdrówka, Megi.
PS. Zamierzam nawieźć sporo obornika, popieczarkowego kompostu i czarnoziemu, przeorać całość, wysiać zielony poplon.- nie zawsze i nie wszędzie tak jest dobrze. Czasem lepiej zaniechać, wykorzystać to, co jest, dopasować rośliny do siedliska. Przyroda nam się odwdzięczy. Tak na marginesie przyszłego maila :-)
PS. Już sobota, dzień kota, czyli jak co dzień. Kropson dziś, wczoraj i dwa dni temu był częściowo wysikany, zanim wet go wycisnął. 
???
opłaciło się dwumiesięczne chodzenie na wycisk/cewnik? będzie dobrze? 

61 komentarzy:

  1. Niewiedza mię uwiera.
    Nornice pożerają moje byliny i nie tylko. Szkoda. Ktoś wie, co z tym fantem zrobić?
    Kropsonowi - dużo zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. siatka przeciw kretom??
      a poważnie- dobrze jest usunąć ściółkę. Wiem, że gleba wtedy taka biedna i naga, ale norniki w ściółce (leżących liściach, zeschłych bylinach) czują się bardzo swojsko. One tak ryją prawie po powierzchni, bez ściółki nieswojo.
      No i nie wiem. Sadzić w koszykach? wlezą górą. Odstraszać wilczomleczem krzyżowym? pff.
      No koty czeba mieć :-) a piesa nie pomaga?

      Usuń
    2. U nas koty dają radę. A tych kotów to już siedem jest.

      Krajobraz znajomy bardzo. U mnie mi się zdecydowanie bardziej podoba "ogród", choć żadnego ogrodu nie ma.
      Zdrowia dla kotków i Was.
      Kiedy odwiedzicie mię?

      Usuń
    3. Siatka?? W warzywniaku? Trochę niemożliwe. Koty sąsiadów chodzą do nas na łowy, ale pies nasz próbuje łowić koty. Więc jest pewna sprzeczność interesów. Posprzątam te liście i inne.

      Usuń
    4. Agniecho, ŻARTOWAŁAM z tą siatką. Zresztą nornikom raczej nie przeszkodzi. A zapytam na jakiejść ogrodniczej grupie, taki mały trolling ;-)
      Rogato, w każdej chwili odwiedzimy cię :-) to znaczy- chcielibyśmy. Ale i zapraszamy.
      też wolę twój ogród, o czym dobrze wiesz :-D
      siedem, siedem grzechów? tak jak u nas. Małe się oswoiły?

      Usuń
    5. przy podwyższonej grządce siatka jak najbardziej możliwa
      http://www.sunset.com/garden/backyard-projects/ultimate-raised-bed-how-to/view-all








































      *.

      Usuń
    6. a prawda, nawet o tym rozmawiałyśmy. A górą nie wejdą? bo one tak na powierzchni ryjo.

      Usuń
    7. co mi tam rzekli na grupie:
      1. rośliny odstraszające nornice: wilczomlecz, szachownica cesarska, rącznik, czosnek- wielu osobom żro mimo to.
      2. pies, kot, kret na działce. Nornice nie lubią kretów!
      3. gnojówka z czarnego bzu wlewana w nory.
      4. szmatka nasączona pokostem do nory.
      5. "piszczałka solarna".
      Miłego testowania, HM.

      Usuń
    8. Ad.1. kopią doły pod grządkami z czasnkiem, łaskawie nie jedzą. Kopią doły dookoła cesarskich koron.
      Ad.2. pies działa trochę, ale dziury które wykopał są dużo większe niż te nornicze.:-D,
      kot nie działa, bo pies przeszkadza.
      Ad. 3. spróbuję.
      Ad. 4. spróbuję.
      Ad. 5. ????
      Śnieg, pierwszy śnieg!
      Dzięki za porady, HM.

      Usuń
    9. "niepodlewam" ostatnio o tym napisał, o tych piszczałkach. Nie linkuję, bo trochę hardkor z tym szczuciem kotów na krety i wiewiórki.

      Usuń
  2. Megi, wrażliwość Twoja na przyrodę jest powszechnie nam znana. Nie tylko na przyrodę zresztą. A propos stagnacji wody, czy ten mur "od fortecy" ma odwodnienia, bo nie pamiętam albo nie widać na zdjęciach? Powinien mieć. Chciałam dodać, że wielką cnotą jest umieć "odpuścić". Tak jak piszesz, popatrzeć na krajobraz a nie tylko na ogród. Docenić jego piękno, równowagę, dopracowany do perfekcji system zależności i dać temu trwać tuż za progiem. Zwłaszcza w tak malowniczej i naturalnej Izerii (choć jest to już krajobraz kulturowy, w tym przypadku rolniczy ). Czasem właśnie brak ogrodu jest o wiele lepszym rozwiązaniem dla ogólnej harmonii. Polecam link do kanadyjskich, koszmarnie drogich rezydencji, ukrytych w górach. Klimat podobny do naszego:) Na pewno tych ludzi stać na "ogród" , ale po co? I tak jest pięknie. Betonu nie uświadczysz. Nic na siłę. Miłego dnia :)
    http://locatiarchitects.com/residential--2/recent-projects/jumpin-jack-ranch

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A możecie spróbować mi wytłumaczyć, dlaczego i kiedy krajobraz staje się krajobrazem tak cennym, że przestajemy w niego ingerować? Od razu dodam, że nie pytam złośliwie, po prostu nie rozumiem "ogólnej harmonii".
      Czy w przypadku ogrodu, o którym pisze Megi, problemem jest samo zastosowanie betonu? Ale wówczas – dlaczego zastosowanie betonu jest takim problemem, skoro cement, mocniejszy od współczesnego, stosowali przy podobnych konstrukcjach już starożytni Rzymianie? Wiem, że nie dotarli do Izerii, ale gdyby dotarli – to wtedy beton stałby się koszerny? W jakich formach?
      Czy chodzi o to, że potrzeba kilku stuleci, żeby pewna forma przekształcenia pejzażu stała się cenna, jak chociażby krajobraz toskański? Jeden z najcenniejszych europejskich krajobrazów kulturowych, ujeżdżanych jak łysa kobyła w sztuce, jest przecież dzieckiem włoskiego renesansu, bo Matka Natura nie sadzi cyprysików w eleganckich rządkach. I kiedy renesansowe mieszczuchy zaczęły sobie fundować te wiejskie posiadłości z alejkami cyprysów, rodacy patrzyli na nich z takim samym obrzydzeniem, jak wy na beton. Nie oprę się i zacytuję: „Duże i rozłożyste drzewa, stworzone przez przyrodę w dzikich górach, dają zazwyczaj patrzącemu więcej przyjemności niż rośliny starannie przystrzyżone i uprawiane w wypielęgnowanych ogrodach”. Data gderania: Anno Domini 1480.
      Zżymamy się na tujowe żywopłoty, sztywne jak żołnierze na warcie, ale jeśli na nie spojrzeć w kontekście tych cyprysów wpisanych w pejzaż Toskanii, to właściwie dlaczego? Bo prostokąty bardziej szatkują krajobraz niż odcinki? Bo trzeba poczekać ze stulecie, nim staną się one hołubionym reliktem krajobrazowym czasów, kiedy mieliśmy wokół tyle wody, że każdy mógł sobie te tuje wokół domu sadzić i rosły mu szczęśliwie? Czy chodzi raczej o spór, co jest uznawane (przez kogo? dlaczego?) za dobry gust, a co za bezguście?
      Czy argumentujecie, że tych nieprzekształconych krajobrazów zostało już tak mało, że należy je chronić bardziej niż za Leonarda? Ale czy rezygnując w XXI wieku z wszelkiej dalszej ingerencji, nie tworzymy rezerwatu, w który trzeba będzie ingerować, utrzymując stan bieżący, bo natura już sobie sama nie poradzi? Czy chodzi o to, żeby tę ingerencję ograniczyć? Ale według jakich kryteriów ograniczyć? Lokalności, czyli kamień miejscowy - si, beton – non? Przy kamieniu da się to zrobić, ale przy roślinności chyba nie.

      Chodzi mi o to, że może właściciele tych domów w Kanadzie zrealizowali swoje marzenie o dzikiej, niezmienionej naturze. A właściciele ogrodu w Izerii być może marzyli o czymś innym niż „naturalny, malowniczy krajobraz kulturowy rolniczy” (w mojej dyscyplinie ta zbitka natury i kultury byłaby okrutnym oksymoronem, ale na ogrodnictwie się nie znam). Czy da się jakoś obiektywnie wartościować te dwa marzenia, czy trzeba się po prostu arbitralnie opowiedzieć po którejś ze stron (postaw, systemu wartości, gustów) w bardzo starym sporze o czynienie sobie ziemi poddaną?

      I z góry przepraszam, nie chcę nikomu zrobić przykrości ani krytykować, tylko nie rozumiem.

      Usuń
    2. Te rezydencje znajduja sie w Stanach. MT to Montana, a nie Manitoba.
      Sa roznice pomiedzy Stanami i Kanada. Watka

      Usuń
    3. Ewo, odwodnienie było wprojekcie, pilnowałam tego w murkach z kamienia (nawet chciałam ceramiczne rurki;-)), a w betonie... no musi być. Chyba. Mam nadzieję ;-p
      Brak ogrodu.
      To nie jest takie proste, jak wiesz. Krajobraz kulturowy już jest w pewnym sensie ogrodem, a my nie poruszamy się w innym krajobrazie. Ogród przydomowy można sobie odpuścić, ale to jest trochę wbrew- idei domu w krajobrazie, strefowania przestrzeni, ludzkiem dążeniom i aspiracjom.
      Linkowane przykłady to- jak na moje standardy- bardzo ogrodowe ogrody, bardzo ukształtowana przestrzeń. Sama skala budowy mocno zmieniła krajobraz (tak czy inaczej przekształcony, kulturowy). I nie wiem, czy w niektórych przypadkach prosty beton nie byłby lepszym rozwiązaniem, niż ta kreowana "naturalność". Wg mnie to nie są przykłady dobrej roboty, jeżeli chodzi o "exterior".
      Ten wyróżniony przez ciebie jest ciut lepszy. Może jak zarośnie...
      Druga Ewa- ok, my jesteśmy tak daleko, że już się chciałam wymądrzyć, że Montana to Kanada :-) o Manitobie powiedziałabym intuicyjnie, że USA ;-) No ale jest Ontario, to mi coś mówi.

      Usuń
    4. aj, kliknęło mi się.
      Anonimie, ja mogę. I jestem ciekawa, czy Ewa coś napisze :-)
      My się poruszamy w krajobrazie kulturowym od zarania, wiadomo, od kiedy zaczęliśmy go przekształcać. Bywa malowniczy, naturalny- dla nas, w sensie zrównoważonego środowiska czy czegoś takiego (chyba tylko tak to można tłumaczyć, bo z "naturą"- jaką naturą, w sensie nieprzekształconej przyrody?- ma tyle wspólnego, że w tradycyjnym krajobrazie kulturowym jest miejsce dla dzikich roślin i zwierząt). Przedwojenne Izery były rolniczo zagospodarowane po szczyty. Przez kilkadziesiąt lat zarosły malowniczo mieszanym lasem, a przez ostatnie 25 brzeziną. W erze dopłat te brzozowe laski i nawłociowe pola są stopniowo "przywracane do kultury rolnej" i powstaje mozaika z sarenkami, która nam się tak podoba.
      Bo lubimy to, co znamy, i to jest klucz.
      (pisałam już kiedyś o tych laskach, co nam się takie naturalne wydają)
      Może po kolei odpowiem na pytania, sama sobie :-)
      To nie jest jakoś szczególnie cenny krajobraz. Przyrodniczo- zbiera się po latach intensywnego gospodarowania i raczej pozostanie zdegradowany. Widokowo- oczywiście, jest przyjemny dla oka, łagodny. Przefiltrowany przez nas, przez "lubimy to, co znamy", staje się subiektywnie cenny.
      Zastosowanie betonu samo w sobie nie jest dla mnie problemem. Lubię beton. Wiele jednak zależy od przyjętej stylistyki ogrodu. W tym przypadku betonowi mówimy nie, bo nie konweniuje ze stylem budynku, wnętrza (a ogród, jego obraz, jest tego wnętrza częścią), zmniejsza wartość użytkową przestrzeni i trudno go zastosować bez totalnej ruiny.
      Beton w Izerii jest koszerny. Piękne mosty betonowe tam występują, poniemieckie.
      Tuje i toskańskie cyprysy to dwie bardzo różne rzeczy. Tuje są pięknymi, majestatycznymi drzewami północnoamerykańskich lasów i nie mówię, że powinny tam pozostać- tuja w parku jest cennym drzewem. Czynnik czasu gra rolę o tyle, że im większa tuja, tym lepsza (chociaż niektórzy mówią, że dobra tuja to martwa tuja). Problem stanowi zastosowanie tuj, czyli ostrokoły dzielące przestrzeń, dysproporcja dużego domu na małej działce otoczonej tujami, wycinanie skrawków krajobrazu za tuj pomocą, generalnie to, co nazywa się polską cebulą. Czyli jednak spór o lepszość gustów :-) ale i o stosunek do świata, jakiś gatunek wrogości i braku zaufania.
      A toskańskie cyprysy są tym samym, czym u nas włoskie topole- wykrzyknikami w krajobrazie. To taka piękna interpunkcja, że mało kto jest na nią niewrażliwy. I tak, ma znaczenie, że te cyprysy i topole rosną liniowo, jakoś postkomunistyczne biosko obsadzone topolami nie robi takiego wrażenia.
      Zapewne wkrótce po posadzeniu w zwartych rządkach wyglądały gorzej ;-)
      Wartościowanie marzeń? jak jesteś w środku, jak je poznasz, to tego nie robisz. Nie nabijasz się z czyjejś kolekcji róż, z tego, że ktoś jara się tysiącami odmian, które mógłby mieć na swoich hektarach, chociaż tego nie rozumiesz. Podążasz za marzeniami, starasz się pojąć, taki zawód.
      Również to miałam na myśli pisząc, że komuś może być przykro :-)
      Ochrona krajobrazu? tak, jest potrzebna. Przed nieprzemyślanymi inwestycjami, przed chaosem architektonicznym. Nie na tyle, żeby tworzyć rezerwaty, tylko żeby "coś ładnego" zostało dla naszych dzieci, jakaś nitka łącząca z przeszłością.
      (nie wiem, po co)

      Usuń
    5. Megi, bez trudu mogę przyjąć wyjaśnienie, że nie chcemy betonu Izerii, bo tak lubimy, bo przywykliśmy do krajobrazu i chcemy go przekazać naszym dzieciom jako część kolektywnej pamięci. Ale wtedy rozmawiamy o subiektywnych preferencjach i estetyce, nie o prawach ogólnych.
      Co rodzi kolejne problemy. Nie lubię tujozy. Mam poczucie, że ograbia mnie z krajobrazu. Zamierzałam o niej napisać pamflet, ale dopadła mnie wątpliwość, że może uogólniam i estetyzuję swoje uprzedzenie. Bo może tujoza nie jest nowym wcieleniem parawaningu i odwiecznego buractwa, tylko reakcją na współczesność, powrotem hortus conclusus z całą jego symboliczną wartością. Może to nie arogancja, nie Polak na zagrodzie, tylko lęk i próba wydzielenia odrobiny ładu z chaosu świata. Może spłycamy sprawę, patrząc na tujozę wyłącznie jako na problem estetyczny, brak właściwych wzorów, edukacji etc., podczas gdy jest to coś głębszego, bardziej znaczącego. Muszę pomyśleć.
      Nie jestem pewna, czy kreska z cyprysów estetycznie przewyższa prostokąt tujozy, czy odróżniamy oko patrzącego od obrazu: różne epoki i kultury rozpaczliwie odmiennie wartościują to, co piękne, choć lubimy uogólniać własną estetykę i nazywać ją naturalną. Tymczasem nawet nasza skala kolorów staje się naturalna dopiero po odkryciu widma światła (druga dołowa XVII wieku), wcześniej naturalny jest układ kolorów na skali od bieli do czerni (to ówczesne kolory podstawowe). To oznacza, że barwy, które dla nas są kontrastowe, dla naszych przodków takimi nie były (co prowadzi do ohydnej hipotezy, że miłośnicy krasnali ogrodowych bronią tradycyjnych wartości). Kontrapunkt staje się wartością w pewnym modelu kompozycji, w innym jest wadą (podobnie jak cętki, paski, wyblakłe kolory, bo piękne są wyłącznie duże tafle nasyconych kolorów).
      Trochę się czuję w tej rozmowie jak adwokat diabła, bo widziałaś mój murek, ułożony ręcznie z kamieni z podmurówki stodoły sąsiada: nie chciałam wprowadzać do krajobrazu nowych, zbędnych elementów. Ale gdybym zobaczyła artystyczny sens w wylewaniu betonu, wylałabym. Sztuka to zawsze dyskurs jakichś wartości, idei i jest zakorzeniona w transgresji. Tylko Ogród Rajski był naturalny i za darmo.
      A, i jestem anonimowa wyłącznie z braku umiejętności: nie rozumiem, o co ten mądry skrypt pyta przy podpisie. Ania

      Usuń
    6. myślałam, że się ukrywasz ;-)
      nie że nie lubimy w Izerii, nie lubimy w tym konkretnym miejscu, bo "nie pasuje" do pozostałych elementów oraz wizji inwestora. Czyli subiektywne preferencje. To moje zdanie, pewnie ktoś uważa, że powinno się tam stosować tylko tradycyjne trechnologie i materiały.
      Niedaleko, w Gajówce stawiają domy ze strawbali, Inkwi chce zrobić ogrodzenie z gabionów (a może już nie)- nie jest to tradycją dla regionu, ale jestem za.
      Może tak być z tą tujozą, raczej na pewno chodzi o lęk, próbę porządkowania chaosu bardziej niż o Polaka na zagrodzie. Co nie znaczy, że mi się to podoba albo że staram się to zrozumieć. Wszedłeś między wrony, to przynajmniej próbuj krakać. W tym przypadku izolacja kojarzy mi się z wywyższaniem- mój ogród jest lepszy od tego, co na zewnątrz, jestem lepszy od moich wiejskich sąsiadów. Jest to jakąś racjonalizacją lęku, no ale te domy duzi ludzie budują.
      Ale kreska cyprysów vs prostokąt tujozy to chyba kwestia "zasad" i harmonii kompozycji. Tak sobie ustaliliśmy i tak to czujemy, że w kompozycji otwartej (krajobrazie) lepiej sprawdzają się porządki, które sprzyjają podkreśleniu tej otwartości, a nie wydzielanie małych wnętrz, zresztą chaotycznie rozrzuconych i niepoddających się żadnemu porządkowi.
      Czyli kwestia estetyki, ale ugruntowana w przeszłości.
      Zaraz będę o tym mówić na kursie ogrodowym :-) trochę niekompetentna się czuję.

      Usuń
    7. Wobec tego należałoby pójść na całość i projektować labirynty ze strzyżonych tuj. Albo ogrody, wyglądające jak makieta w skali 1:1 domu, który stoi obok. Małe, przytulne pokoiki z tuj, w środku małe zachwycające grządeczki w formie mebli. No i dodatkowy telewizor w ogrodowym salonie. :-)

      Usuń
    8. Agniecha, a oczko wodne otoczone strzyżonymi tujami (odmiana szmaragd?) jako wanna ? ;-))
      Barbara

      Usuń
    9. A takie garden party w labiryncie........
      Barbara

      Usuń
    10. Agnieszko, cosik mi mówi, że gdyby Twoja wizja małych przytulnych pokoików z tujozy znalazła się w galerii, doczekalibyśmy się zachwytów nad przenikliwą analizą współczesności. Bo może wystarczy zmienić kontekst, żeby coś stało się sztuką? Dopiero co mieliśmy w Zachęcie taką wystawę „Chwasty”, co to ją mam za płotem swojego ogrodu nieustannie, a jeśli przejdę trochę wyżej na górkę, to wzbogaconą o resztki cerkwi i groby. Wychodzi więc na to, że żyję po uszy we sztuce współczesnej (ugory), podpiłowanej tu i ówdzie tujozą.

      Ale może czasami nawet nie trzeba zmieniać kontekstu, wystarczy zmodyfikować znaczenie? Bo może wystarczy taki murek z betonu sfalować i pomalować na czerwono, żeby stał się sztuką? I zaraz się nam na widok tej sfalowanej czerwieni zaczynają odmykać w głowie kolejne szufladki, że cienka czerwona linia, że nić Ariadny, że czerwone nici w linach okrętowych i tak dalej truchtem przez semantyczną wartość znaku. A sąsiad widzi tylko beton, upaprany na czerwono, i też jest w swoim prawie. Jak mu wytłumaczyć, że ten czerwony beton jest lepszy niż replika Wenus z Milo, co ją se postawił w ogrodzie, żeby się poczuć w kulturze? Zwłaszcza że sąsiad też ma sąsiada, co mu tę Wenus ma za złe, że pokazuje nią nachalnie, że się dorobił i teraz się marmurami wywyższa, i w ogóle kto to widział, żeby goła babę w ogrodzie? I ostatecznie kto ma rację, jeśli jest tutaj racja? Ten, kto zdoła narzucić światu swoją narrację (kicz, sztuka, goła baba)? I czy gdyby to był oryginał Wenus, to czy wciąż byłby kiczem?

      Megi, a jeśli ogród ma pasować do kontekstu, to co zrobić, jeśli ludność wokół warcholi i raptem naszym kontekstem stają się pudełka z tujozy? Projektować, żeby pasowało do tujek, co jest, czy do pewnego wyobrażonego modelu pejzażu, którego już, hm, nie ma? Poza tym sąsiad wtrąca, że on niczego nie ustalał i lepiej się czuje w kompozycji zamkniętej (na podwórzu z tujozy), bo kultura popularna jest zwykle bardziej tradycyjna i hołubi konserwatywne wartości, a ten krajobraz to Europa dopiero co, jakoś w XV wieku, odkryła i nie była to Europa sąsiada, bo on wtedy siał, orał i w ramach wolnego czasu kłusował. Usiłuję powiedzieć, że estetyka jest nie tylko ugruntowana w przeszłości, jest też – o czym się rzadziej mówi – ugruntowana społecznie (kiedyś by się brzydko powiedziało „klasowo”). Bo czy jest jedna przeszłość czy wiele przeszłości?

      A najgorsze, że przypomniałaś mi, jak kiedyś, też na potrzeby kursu, poproszono mnie o spisanie zasad kompozycyjnych (powieści). Też się nie czułam kompetentna, ale jako solidna dziewczynka wynotowałam na kartce podstawowe zasady, które mi się wydały niepodważalne. I przy każdej umiałam podać przykład kogoś, kto ją doszczętnie sponiewierał – i właśnie dlatego, poprzez transgresję, stworzył arcydzieło. Straszliwie mnie sponiewierało to doświadczenie :-)
      Ania

      Usuń
    11. Witam Wszystkich, odpiszę jak to ogarnę:) Muszę skończyć projekt a tu czytania na wieczór cały :)

      Usuń
    12. Agniecha zdekonspirowana :-)
      jako HM może robić co chce, jako i ja, ale mogłaby coś podziałać w tych galeriach?
      Pisząc różne rzeczy na blogu czy opowiadając o kompozycji (opowiedziałam tym razem o zbiorze przepisów i trików, które można stosować w określonych celach. Fajna grupa, same entuzjastyczne dzieciaki, w takich razach dosiadam jednorożca i galopuję tęczą, przywracają mi wiarę, że świat ma jakąś przyszłość) wpadam w pułapkę bycia "ekspertem", "guru" i tak dalej. Mam nawet na to dobry przykład do opisania kiedyś :-)
      Tak samo jest, jak rozmawiam z klientem- wiem lepiej, bo mam wiedzieć lepiej. Ale on wie swoje, i czasem wie tyle, w takich pudełeczkach, z takim tłem, że staję się "chodzącą delikatnością" i żadne tuje, wenusy czy czerwone murki nie są w stanie mi przeszkodzić we współodczuwaniu. Wtedy nie dyskutuję nad "czy" (naprawdę musi mieć wszystko zimozielone, po co mu tyle piwonii), tylko płynnie przechodzę do "jak to zrobić". Także- jak ugrać z tego coś dla siebie, satysfakcję ze znaczenia murka lub faktu, że coś się zrobiło dla krajobrazu czy dla przyrody.
      Ale potrzebuję dobrego uzasadnienia, może więc nie jestem bardzo nieracjonalna.
      Pasować do kontekstu- dokładnie tak, do naszego wyobrażonego pejzażu. Świadomie lub nie to robimy, kreując widoki, zasłaniając "brzydkie", podkreślając "ładne", kierując wzrokiem lub nastrojem. To może być "pejzaż wewnętrzny", czyli nasze wyobrażenie o ogrodzie lub całkiem realne widoki- cykle obrazów w obrębie naszego ogrodu lub na otaczający krajobraz. Bardzo łatwo możemy sobie z tego wyciąć sąsiada i w ogóle cały świat, ja tak robię u siebie, niestety. Niestety, bo za rogiem społeczeństwo chleje pod Żabką, w mieście wycinają drzewa, w Krainie Wód robię ogród jak wyżej i taki mam dramat.
      Cóż, przenikliwa Agniecha widocznie słusznie zaliczyła mnie do upper class ;-p
      A jeszcze. Bardzo wiele z tej "architektury krajobrazu" to przejściowe mody- tujowe pudełka są już tak obśmiane, że stały się obciachem wśród młodych prężnych. Dla nich z kolei są równie obciachowe wg mnie "nowoczesne ogrody". Styropianowe dworki postoją niestety może ze 150 lat, ale rośliny nie są tak wytrwałe, tuje urosną i zdekompletowane szpalery zamienią się w kreski, jak toskańskie cyprysy :-) wogle nie ma się czym przejmować. Beton ładnie się patynuje.

      Usuń
    13. wystawa "Chwasty" była zupełnie o czymś innym, rośliny były tylko pretekstem, wiec przykład raczej od czapki :/
      http://www.zacheta.art.pl/article/view/2632/karolina-grzywnowicz-chwasty
      onegdaj ludzie bazowali na tym co widzieli z okna, nie było zdjęć, tv, netu i całej tej współczesnej zarazy. od czasu do czasu wracała jakaś niespokojna dusza z wędrówki po świecie i opowiadała o cudach natury, architektury. nie przekładało się to na tu i teraz no bo jak. dziś każdy chce mieć swój wersal, pagodę, palmę czy inny ogród japoński, kończy się na tujach, laurowiśniach (w moich okolicznościach przyrody) bo szybko, tanio (a wygląda dostatnio) i po modzie. mnie specjalnie tuje nie przeszkadzają pod warunkiem, ze skrzętnie zasłaniają radosna twórczość w głębi posesji. woel to niz koszmarne ogrodzenia z betonu w maureski i arabeski

      Usuń
    14. Podpisuję się, zwłaszcza pod częścią o tv i necie itp, co robią ludziom w głowach kompletny miszung.
      Barbara

      Usuń
    15. beton jest tak stary jak cywilizacja. w starożytnym Rzymie jako spoiwa dodawano pucolany a nie cementu, co czyniło go wodoodpornym.
      cement, koszmar naszych czasów to wynalazek 19wieczny.

      Usuń
    16. Kasia na posterunku ;-)
      pewnie wszystkie czytałyśmy, o czym były Chwasty, ale ja też- czytając- wymyśliłam sobie inną warstwę interpretacji.
      Ale ty masz rację, wiesz. Eureka. Wszystko przez te internety.
      (nie nabijam się. I inne Maje pokazujące wszystko jak leci bez wartościowania i kształtowania gustów, i lokujące każdy produkt. Rozmawiałyśmy też o tym z Barbarą :-) i na kursie ogrodowym.)
      Każdy chce i każdy może, bo blichtr tak bardzo potaniał, stał się demokratyczny. Nieważne, że to pozłotka.
      Musisz mi powiedzieć, co jest nie tak z tym cementem. Bo jak już będę budować dom z drewna i betonu, to chcę wiedzieć.

      Usuń
    17. ;P
      z materiałami budowlanymi prosta sprawa. dom musi oddychać, drewno, cegła, kamień spajany ziemia czy zaprawa wapienna pozwala na cyrkulacje powietrza i wilgoci. cement nie ma tych właściwości, zakleja chałupę i zatrzymuje wilgoć. jego jedyna zaleta jest szybkość wiązania dlatego jest idealny do dużych konstrukcji, w budynkach mieszkalnych raczej nie powinno się go stosować (pustaki, tynki). problem w tym, ze jest tani, wapno z dodatkami (pucolana, kazeina, konopie) to dużo droższa zabawa :/
      jak już się będziesz budować to podeślę Ci fachowca ;)

      Usuń
    18. Leloop, nie jestem pewna, czy ludzie kiedyś bazowali na tym, co widzieli z okna, w sposób wyłączny albo nawet dominujący. To znaczy, jestem pewna, że przez bardzo długi czas impuls szedł raczej od słowa niż od obrazu, czyli – wracając do pejzażu toskańskiego – Cosimo di Medici w swojej podmiejskiej willi pielęgnował drzewa oliwne i winorośl, czytał Platona i celebrował pewien tryb życia, który znał z literatury, a Botticelli, malując „Primaverę”, inspirował się Apellesem, którego znał tylko z opisów. Byłabym bardzo, ale to bardzo ostrożna, w doszukiwaniu się inspiracji realistycznej w sztuce średniowiecza i renesansu (tak do XVI wieku). Jeśli średniowieczny wirydarz jest odbiciem Raju, a rośliny klasztorne tworzą symboliczny strój Maryi, to po prostu bardzo ciężko zobaczyć mi w tym zamyśle „to, co widzieli z okna”. To są raczej pejzaże wyobrażone, głęboko symboliczne.

      Dziękuję za link o „Chwastach”, choć wystawę znam i jej tematyka jest mi bliska, zresztą mam ogród w miejscu, gdzie po łemkowskich wioskach został tylko zapach kwitnących jabłoni wiosną. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego przykład od czapy, przywołany jako dowód, że kontekst zmienia znaczenie i zmienia zwyczajność w sztukę. Nie twierdzę, że rośliny były głównym celem wystawy. Ale nie wydaje Ci się, że rośliny bardzo często są pretekstem także w przydomowych realizacjach, bo w gruncie rzeczy chodzi o reprezentację, prestiż, pamięć, wizerunek, modę i tak dalej?

      Zapewne masz rację, że ze względu na skład powinnam rzymskie opus caementicium nazwać betonem. Literatura historyczna idzie niekiedy za nazwą, podkreślając, że jest to inny rodzaj cementu. Naprawdę jest stary jak cywilizacja (czyli Sumer, Egipt, Chiny)? Byłam przekonana, że rzymski wynalazek.

      Usuń
    19. nie szukałabym tak daleko, w czasach Medyceuszy czy średniowiecznych wirydarzy ogródek (bo raczej nie ogród) przeciętnego zjadacza chleba ograniczał się pewnie wyłącznie do warzywnika i paru roślin ozdobnych. myślę o czasach nam bliższych.
      nie po raz pierwszy i nie ostatni "przedmiot codziennego użytku" urasta do rangi dzieła sztuki. dla mnie natura jest dziełem sztuki w czystej postaci, nie musi wcale trafiać do galerii, żeby się nim stać.
      beton - Podstawy budownictwa str.8, Mirosława Popek, Bożenna Wapińska

      Usuń
  3. Tak w kwestii krytykowania pseudo ogrodów mam refleksję. Nie podobają mi się bo nie. Ale na przykładzie swoich znajomych (trawnik gładziutki planują i szmaragdy wkoło - bleh) rozumiem, że często gęsto ludzie nie majo wyobraźni po prostu. Ci moi np. - uciekają z bloku. Pierwszy ogród w ich życiu. No to skąd mają wiedzieć? Pozostaje mieć nadzieję, że się nauczą. He, he - jeden sezon podlewania trawniczka i koszenia im daję. Maks dwa ;) Jednak insza inszość z tymi co kasę mają, ogród dają do projektanta, ale potem nagle stają się mądrzejsi niż on. I się psucie zaczyna. Tych to nigdy nie pojmę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak. Bo skąd mają wiedzieć? nie ma wzorców dookoła, nawet jakby aktywnie szukali i myśleli o tym, to w Polsce nie znajdą opiniotwórczych ogrodów pokazowych ani dobrej wystawy ogrodniczej. Oczywiście jak np. napiszę na blogu, że w Szwecji czy Niemczech to się robi tak, to są wzdychy- dlaczego zawsze zagranico, a u nas nie.
      No właśnie?
      Ci, co idą do projektanta, a później są mądrzejsi- bo projektant im na to pozwala :-D albo się nie zna, albo mu nie zależy. Oczywiście są też tacy najmądrzejsi w całej wsi, a przecież najlepsze ogrody to te konsekwentnie wykonane, bez znaczących zmian w trakcie.

      Usuń
  4. Biję się w piersi .. :) tak było :)))
    zastanawiam się, tak mi się egositycznie wydaje, że chyba dorosłam :DDD

    OdpowiedzUsuń
  5. Widoki - coś cudownego. Jesień jest extra :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Każdy z nas ma inne upodobania, jest to tak zwana kwestia gustu. Natura ma swój naturalny urok, a nasz ogród jest tylko jej odpowiednią interpretacją.
    Świetne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "kwestia gustu" to wyjątkowo nieulubiona przeze mnie fraza. Z drugiej strony- każdy filtruje przez siebie i często w rozmowie okazuje się, że nie o gusty tu chodzi, ale o konotacje, skojarzenia, wspomnienia, fobie i różne takie rzeczy, które już ogarniam i rozumiem.
      Ogród niekoniecznie jest interpretacją natury. Właściwie słabo, jeżeli tak jest.

      Usuń
    2. jedna z ról architekta (w pojęciu ogólnym) jest kształtowanie społecznego gustu, który niezależnie od szerokości i długości geograficznej jest raczej przaśny. inaczej wole nie myśleć jaki krajobraz by nas otaczał. każde działanie człowieka jest ingerencja w naturę, zadaniem profesjonalisty jest zminimalizowanie strat ;)

      Usuń
  7. Tworzyć ogrody nie szkodząc przyrodzie, w harmonii z otoczeniem to wielka sztuka.
    Przeglądając Twoje zdjęcia - takiego ogrodu - zadaję sobie pytanie - Co to jest ?
    Kuliste formy drzew na tle rodzimych sosen ?
    Ten ogród jest architektoniczna porażką. Nie podjęłabym się jego wykonania za żadną cenę.
    Anna B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może byś się podjęła, jakbyś potrzebowała pracy dla ludzi i obrotu dla firmy. Nigdy nie wiesz, dopóki nie znajdziesz się w danej sytuacji.
      Wtedy jeszcze myślałam, że te wiśnie 'Umbraculifera' da się zastąpić :-)
      Prawdą jest, że tyle mnie to kosztowało psychicznie, że się nie opłacało. Tyle że się nauczyłam- nigdy więcej.

      Usuń
    2. Nigdy więcej Megi- o to właśnie mi chodziło. W tym co robimy powinna istnieć chemia ( w pozytywnym słowa znaczeniu ). Trudno jest robić coś z sercem wbrew swoim przekonaniom, a Ty byłaś przekonana, że ten projekt koliduje z otoczeniem, z Twoim wyobrażeniem o roli architekta zieleni. Nie każdy może być dobrym architektem, tak, jak nie każdy jest dobrym lekarzem. Nie mogło się udać. Kiedyś w podobny sposób zapędziłam się w kozi róg.

      Chcę stworzyć bloga z wątkami, podkreślającymi piękno przyrody, natury. Myślę, że dasz się zaprosić.

      Ze zwierzątkiem miałaś rację. Pozdrowienia dla kibica siatki.
      Anna

      Usuń
    3. Czytam teorię i Wasze refleksje i nijak do praktyki nie podchodzi. Bo mam właśnie taki problem. Ogród niewiejski-niemiejski, nie mały i nie duży 3 tys. m. I do tego stare 100 letnie drzewa i moje, które już urosły na 2 pietra. I mazowiecki piach. I pola za płotem. I żadnej koncepcji normalnego użytkowego ogrodu -co zrobić, żeby i trawniczek był pod leżaczek, i gdzie 100 liliowców przesadzić. I żadna koncepcja nie pasuje. A może macie jakiś pomysł, jak nie niszcząc pięknych zdrowych wielkich drzew okiełznać nieco przestrzeń i ucywilizować? Dla kolejnych projektantów największą przeszkodą były moje 100 letnie sosny. Żaden las - po prostu 2 miłe skupiska po parę sztuk nie do objęcia ( 150 cm). Sosny oczywiście wygrały!

      Usuń
  8. Ok, jestem na chwilę. Chyba wszystko już było omówione? W naszym kraju nie ma co się "sadzić" na architekta krajobrazu, bo póki co, jest to raczej profesja dla odpornych. Dla świadomych osób wykonujących ten zawód zawsze jest dylemat czy coś zrobić, bo praca dla ludzi potrzebna, bo firma, bo zus..., Jeśli nie chce się szkodzić (przepisy ogólnie nie pomagają architektom w tej walce z inwestorem, który chce, potrzebuje, musi... bo lubi ) Lubi, musi, chce bo tak mu się wydaje ładnie....O gustach w ogóle nie warto dyskutować. Szkoda czasu. Taki mamy gust ile w życiu widzieliśmy, ile rozumiemy, jak wrażliwi jesteśmy, na co chcemy i potrafimy się otworzyć. Do tego mody mnie lub bardziej szkodliwe.... podkręcające ego. Całe życie się uczymy ...

    Trzeba czasem odpuścić lub mieć pancerz i klapki na oczach. A z czego wtedy żyć jak się odpuszcza? Chyba alternatywę trzeba mieć? Albo mieć osobowość narcystyczną? To pomaga chyba, żeby nie "oszaleć".

    Co do kulistych form...na moim blogu jest OPRACOWANIE zrobione przez nas dla wsi izerskich na przykładzie Giebułtowa, pod kierunkiem i okiem prof. Niedzwieckiej z UP we Wrocławiu. Dokładne analizy i sugestie, żeby broń boże nikogo nie urazić:)

    Gratisowa ściąga, co jest dobrą praktyką a co złą. Wszytko tam jest. Murki, betonowe ogrodzenia, dachy, okna, rośliny (kulistych form w bezpośredniej bliskości dróg i widoków ogólnie dostępnych dla oka przechodnia unikać jak ognia, to jest dobra praktyka architekta krajobrazu). Kiedyś będzie to ujęte w przepisach. Może doczekamy. Rośliny zbliżone do rodzimych lub występujących naturalnie w krajobrazie.

    Sosny nie są rodzime w tym krajobrazie, raczej ich tam nie ma. Kiedyś jodły porastały Izerię, zanim je przerobiono na przysłupowe i szachulcowe domy. Skąd sosny, różaneczniki i takie tam "inne kwiatki"? Bo inwestor lubi? I tu dochodzimy znów do gustów... niech więc ma i cieszy oko, ale w dobrym miejscu. Szkoda czasu....:)

    Beton! Dla uproszczenia i taniości? Od wieków rozpadające się domostwa wykorzystywano do budowy kolejnych. To było tanio. Kamienia tam w tej formie w brud. Wiele domów się rozpada i jest burzone. W Giebułtowie w ostatnim roku chyba padły trzy domy. Materiał odkupiono w mig. Od produkcji obecnej formy betonu w wielu krajach się odchodzi. Jest to tak kolosalna degradacja i zanieczyszczenie środowiska, że strach. Dlaczego więc ten eurosyf do nas trafia (?), w postaci całych firm i parku maszyn dając pracę itd, znów błędne koło. Przyjął się i rozszerza, bo tam nie ma już na niego zbytu?

    Ogród obsługowy! Jak to ogród. Czy potrzebny czy nie. Jak ktoś lubi i chce, niech ma, raz się żyje więc oby miło. :) Ale ten ogród nie powinien ingerować w krajobraz ogólnie rozumiany. Narzucać się innym. Czyli jak posadzimy thujowy żywopłot i będzie miał 2 m wokoło domu, to jeszcze mała bieda. Zwłaszcza jak to będzie w mieście itd... a nie w siedlisku na otwartej przestrzeni gór . Ale jak tych thuji nikt na czas nie przystrzyże, to wyrosną ponad wszytko i staną się obce w krajobrazie. Obce dla fauny? Dlaczego tak mało szkodników na tych thujach? Nie lubią ich? Mamy tyle pięknych, rodzimych drzew czy nadal Polak ma niskie poczucie własnej wartości kultury. Jaka ta kultura jest , taka jest , ale jest. Nie można ciągle biec za modą. Zwłaszcza, że ona już jest bardzo daleko w przodzie a my wleczemy się w ogonie. Owszem thuje są praktyczne, szybko rosną, ale ta zaleta z czasem staje się ich wadą. Wymagają ciągłego cięcia. Ale może firma zajmującą się obsługą thuji, to też kawałek chleba dla kogoś? Kilka drabin, nożyc, worków nawozu i firma hula.

    Minimalizacja strat! Podoba mi się choć to jedna strona medalu. Czasem można też poprawiać stan obecny :) To trudne i wymaga konsekwencji, ale się udaje. Zawsze trzeba brać pod uwagę kontekst miejsca.
    Pozdrawiam wszystkich dyskutantów. To cenna dyskusja. Dzięki Megi za miejsce dla konstruktywnej krytyki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Zaintrygował mnie wątek odchodzenia od produkcji betonu, czy mogłabyś go rozwinąć ?

      Usuń
    3. Co tam tuje - jak przyciąć kilkanaście brzóz wyższych niż linia energetyczna i jej zagrażających ale nie tak, żeby durne kikuty zostały.
      Szkoła przycinania młodych sosen i kształtowania z nich żywopłotu by się przydała.

      Usuń
  9. Ja też dziękuję. Czegoś nowego się dowiedziałam, mam też nad czym sobie porozmyślać. Nie jestem projektantem i nie jestem nawet ogrodnikiem ;) ale żyję w tym otoczeniu, w przyrodzie, w miejscu i miejscach po których wędruję, to także dla mnie, "patrzacza" to wszystko co powyżej, jest ważne.A jedna z moich obserwacji jest taka, że te ogródki i ogrody pełne tych żywotników, jałowców, cyprysików i sosen na gładziutkich trawnikach są przygnębiająco nudne......i w moim, absolutnie subiektywnym odczuciu, martwe.
    Zastanawia mnie, dlaczego (a może się mylę?) projektanci? ogrodnicy? przyrodnicy? nie sięgają w walce o powstanie jakichś regulujących przepisów (ale może nie wiem?) po argumenty z zakresu przenoszenia przez niektóre rośliny chorób. Przykład - mam od dawna w ogrodzie grusze, trzy odmiany, nie chorowały, aliści lat temu pięć, sąsiad (nawet nie zza płotu) zrobił sobie betonowo-jałowcowy ogród i już drugi rok moje grusze chorują na rdzę . To są wymierne straty i konkretny problem a na pewno nie jedyny jak chodzi o takie zależności wśród roślin. Bo skoro istnieje prawo wodne np, regulujące choćby głębokość studni w danym terenie....
    Barbara

    OdpowiedzUsuń
  10. Dlaczego nie walczymy o przepisy regulujące? Oczywiście walczymy, ale proszę spojrzeć na jakie "zasieki" napotykają ekolodzy w obronie wymierających gatunków. Wyjaśnieniem tego stanu rzeczy może być choćby taka PIRAMIDA MALSLOWA. (jest w Wikipedii). Zobrazowana jest nią hierarchia potrzeb od najbardziej podstawowych (wynikających z funkcji życiowych), do potrzeb wyższego rzędu. Potrzeby te aktywizują się dopiero po zaspokojeniu potrzeb niższego rzędu (fizjologicznych : woda, jedzenia, tlen, itd...) Potrzeby przynależności są dopiero po potrzebach bezpieczeństwa. To długa droga. A gdzie estetyka i samorealizacja? Dopiero po "potrzebie respektu i uznania ze strony innych ludzi, dobrego statusu społecznego, sławy, dominacji, zwracania na siebie uwagi."
    Tak więc komu zależy na ochronie krajobrazu dla innych, zajętych mocno podstawowymi potrzebami, by przetrwać i piąć się wyżej, musi sam mieć to zaspokojone. Potrzeba silnego lobby i wspólnego celu. A i tak sporo będzie przeciw lub bez własnego zdania i chęci pomocy :) To długa droga a my, Polacy, dopiero raczkujemy w temacie porządnego ustawodawstwa. I nie ma chyba co liczyć na wielki grom z jasnego....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja WIEM, że walczycie :) chodziło mi o to, że argumenty o estetyce, wymieraniu czegoś tam gdzieś tam i zachowaniu krajobrazu dla potomnych właśnie nie przedrą się przez "zasieki" ale już argument, że jak wokoło będą jałowce to już i prawie zaraz nie będziemy jeść gruszek może ...zadziała. To oczywiście jako przykład. Czytałam ostatnio sporo o zmianach (na korzyść) w przepisach ograniczających wycinanie drzew, więc widać że coś tam w bólach i zbyt wolno, ale jednak się przebija. Inna sprawa to realizowanie tych przepisów - w końcu nie o to chodzi, żeby zapłacić za wycięcie drzewa, tylko żeby nie było zgody na wycięcie , ale to kolejny temat-ocean....
      Ach, taki grom z jasnego :))), ........żeby tak szczelił ;))))
      Barbara

      Usuń
    2. Barbaro, u mnie też rdza niszczy grusze, odkąd w sąsiedztwie coraz bujniej rosną jałowcowe bory - nie pomagają żadne opryski EM-y ani gnojówki, wciąż liczę, że moje jakiś mały cud, ale skończy się na wycince (gruszy, bo żywopłotu sąsiada nie wytnę). Rozpacz.

      Zielona Metamorfozo, przeczytałam na Twoim (Waszym) blogu to opracowanie o Giebułtowie, bardzo ciekawe, tyle że jeśli się wszyscy do niego zastosują, to nigdy nie powstanie nic podobnego do tej realizacji z czerwoną wstążką, o której wcześniej pisałam i którą się tutaj zachwycasz:
      http://zielonametamorfoza.blogspot.com/2012/06/kongjian-yu-czowiek-z-misja.html
      Nie żal Ci?

      No i z tradycją tak zawsze jest, że wybieramy jakiś moment w historii jako Punkt Zero, nazywając go Tradycją. Sądząc ze zdjęć z Giebułtowa, ta tradycja sięga jakieś dwa pokolenia wstecz (wnioskuję po różach i daliach). I to jest również krajobraz mojego dzieciństwa, mam do niego ogromny sentyment. Ale – Megi, wybacz, że wkleję tu literaturę, o której Ci wspomniałam, ale jest ciekawa i może ktoś jeszcze chciałby zajrzeć – jeśli wybierzemy inny moment historyczny (np. Anna Kostuch, Alicja Zemanek, „Rośliny arrasów wawelskich”, - Wiadomości Botaniczne, 1999) i porównamy te dwa zasoby roślinne, dojdziemy do ciekawych wniosków w sprawie roślin rodzimych (z oczywistym zastrzeżeniem, że to zasób wyobrażeń i nie polski).
      Szczególnie że ogród jako kolekcja egzotyków to stara koncepcja (Małgorzata Szafrańska, „Ogród jako kolekcja. XVI-wieczna koncepcja idei”, - Kronika Zamkowa, 2009) i nasi przodkowie złośliwie nie byli botanicznymi purystami. W zasadzie można powiedzieć, że sadzenie w ogrodzie wszystkiego najdziwniejszego, co uda się zdobyć i kupić, to bardzo stara tradycja ;-)))
      Nie, nie postuluję, żeby sadzić tylko to, co da się - hipotetycznie – prześledzić do ogródka królowej Bony (Barbara Furmanik, „Dobory materiałowe w ogrodach zabytkowych”, - Kurier Konserwatorski, 2010; Dorota Nalepka, Renesansowe ogrody królewskie. Palinologiczne badania ogrodów na górnym tarasie, - Czasopismo Techniczne, 2012) czy cystersów (Małgorzata Milecka). Po prostu nieśmiało zauważam, że to, co nazywamy tradycją, to jest zawsze jakiś arbitralny wybór, choć pewnie to dla wszystkich oczywiste.

      Przepraszam, że tak skrótowo, ale czuję, że czas wrócić pod mój kamień. Dziękuję wszystkim serdecznie za rozmowę. Ania

      Usuń
    3. Wszystko zależy od kontekstu miejsca. Nie mylmy tego co dopuszczalne w parku, miejskim ogrodzie, krajobrazie podmiejskim, wiejskim, i wieloma innymi. Wszystko ma swoje miejsce i uwarunkowania. Na pewno nikt z nas nie projektowałby takiej wstęgi w Giebułtowie:) Bo po co? :) Żeby zadziwić krowy sąsiadów? To tak na marginesie ;)

      Usuń
    4. A może krowom by się podobało? Pokory trochę, homo sapiensie, to że ktoś nie mówi, nie znaczy od razu, że nie myśli.
      Ok , to żart poranny. Mnie wstęga się podoba, chociaż nie jest neutralna. Wzdłuż Kwisy w Mirsku....mogła by zaistnieć.

      Usuń
  11. Myslę, że przepisy, biurokracja i papierologia nigdy nie szły w parze z naturą. To dosyć dwa odrębne światy, które raczej zawsze będą się ze sobą mijać.

    PS. Piękne zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przepiękne widoki, oddają piękno jesieni :).

    OdpowiedzUsuń
  13. krótko i zwięźle
    'Tworząc ogród „trzeba wczuć się w atmosferę [miejsca], dobrze zrozumieć naturalny krajobraz (…), wzorując się na (…) wybitnych przykładach oraz mając na względzie upodobania gospodarza i własne wyczucie stylu.” '
    „Sakuteiki” - 11 wiek, via Ogród Tamaryszka http://ogrodtamaryszka.blogspot.fr/2015/11/sakuteiki-zapiski-mistrza-z-xi-wieku.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proste :D , dzięki :)
      Barbara

      Usuń
  14. cudownie <3
    napiszę "posta konsyliacyjnego", ale, jak to mówią, keep calm adn stay tuned,
    MUSZĘ SKOŃCZYĆ PROJEKT.
    (czyli: nakarmić koty, pozamiatać, iść do weta, kupić chleb, zastanowić się, jak zrobić jedną BETONOWĄ ławkę, zrobić- jeszcze raz- zamówienie cebulek, odpisać na maila)

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytałam i się zadumałam nad krajobrazem kulturowym Kłodczyzny. I dodam, że ja lubię topole włoskie - w alejach:). A zwłaszcza tę z Magnic.
    Mnie zajmuje temat krajobrazu a obecności "krajobrazów" sąsiedzkich. Jak temu sprostać na dolnośląskiej wsi? Pszcz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przez chwilę zadumałam się nad odmianą 'Magnic' :-D :-D
      Coś mi się klaruje, ale to łatwe to nie jest. Poza tym wydaje się, że nigdy się nie ziści, to zniechęca.

      Usuń

napisz, to miłe! dziękuję!
(moderuję komentarze do starszych postów :-)