od początku

czwartek, 5 marca 2015

za żurawiami. Wschodni brzeg.

A tam...
zanim dotarliśmy na wschodni brzeg, ziemia się obróciła i widoki były jeszcze piękniejsze.
Samotność, spokój, bezruch i bezczas.
 Znów tylko my i ptaki.
 Ostrożne, ale niebojące, u siebie przecież, spoglądają uważnie.
 Ta mgiełka, ten złoty pył to owady, miliony jakichś nienapastliwych stworzeń, oświetlonych tak, że płonie całe powietrze.
 W takich wilgotnych miejscach rośnie raptem kilka gatunków zwyczajnych roślin, tworzących ekspresyjne, pasiaste układy. W masie siła.
(pałka szerokolistna)
(krwawnica pospolita, uczep zwisły)
 Niektórym robię zdjęcia co roku.
(tej wciąż większej jabłonce)
(i tej flagowej sośnie)
 Zachód słońca nastąpił.
 Dlaczego miałby nie nastąpić, prawdaż.

Dlatego, że mam ciągłe przeczucie, że kiedyś nie nastąpi. Że całe piękno tego świata spadnie mi na głowę i wszystko się zawali.
Pewnie to nieprawda, albo prawda zupełnie subiektywna, ale cóż, dlatego tak sobie tu utrwalam.

Wciąż z poczuciem nieadekwatności, alienacji i świadomością outsiderstwa.

Pewnie jesteście ciekawi, jak tam na Gardenii, jak spotkanie blogerów itede.
To poczytajcie inne blogi;-)
O Gardenii napiszę, w swoim czasie.
A blogery? bo nikt o nich nie wspomina?
Magdalena wiadomo nie od wczoraj- poukładana poznanianka, ambitna, pracowita, pełna energii. Zupełnie inaczej niż ja, ale lubię ją nie od wczoraj.
Ankha pierwszy raz spotkana- z takim młodym ciepłym dystansem.
Łukasz- pełen wdzięku, błyskotliwy jak jego blog.
Wojciech- pistolet. Chciałoby się napisać "na wodę", bo taki dobry chłopak.
Każdy, już nieoficjalnie, opowiadał o sobie, planach i marzeniach.

Jakoś i w tym czuję się nieadekwatnie.
Kasia założyła kolejny agregator blogów ogrodniczych, zapiszcie się może.
Opis, który tam sobie zażyczyłam, odbiega od większości tekstów, no cóż, ja raczej nie zionę entuzjastycznie oceniającymi przymiotnikami na własny temat ani nie mam poczucia, że tworzę wiekopomne dzieła dla kogoś.
Nie bierze się to ze skromności czy tam czegoś, tylko znów- z poczucia nieadekwatności tych wielkich słów do codziennych czynów.
Tak, to też jest moja kreacja.
Na kogoś, kto tak jak w reklamie, nie musi.

Nie muszę?
Owszem, MUSZĘ zarobić na emeryturę.
POWINNAM zarobić na mały, energooszczędny domek.
CHCĘ zarobić na kilka podróży i na butki.

Ale NIE MUSZĘ:
wygrać przetarg w systemie "zaprojektuj i wybuduj", którego warunki przewidują posadzenie kilku drzew i tylu samo krzewów na kilku tysiącach mkw zieleni urządzonej
oddzwaniać do osoby, która rzuca słuchawkę na wiadomość, że nie mogę się spotkać tego samego dnia o wybranej przez nią godzinie
wyceniać "projektu" w postaci odręcznego rysunku bez skali z opisem: żywopłot, rośliny, domek gospodarczy
rysować projektu, za który nikt nie ma zamiaru zapłacić, ale może będziemy go realizować... jak wygramy konkurs, a "inwestor" dostanie dofinansowanie
projektować ogrodu dla osoby z ograniczeniami, której bliscy uważają, że trawnik i wąski pas zieleni naokoło dużej działki jest najlepszym rozwiązaniem

No nie muszę, fakt.
Wciąż mam nadzieję, że da się to zrobić inaczej, robiąc swoje.
Inna sprawa, że po dwudziestu latach w tej fabryce jestem w innej sytuacji niż ci, co napierają.
Często faktycznie nie muszę, czyli nie ma o czym gadać.

A żurawie?
W tym czasie pasły się na polach, nie omieszkały, skórkowane.
Pozdrówka, Megi.
PS. zapomniałabym. Takie posłowie do bycia z boku.

A kiedy skini
A kiedy skini 
A kiedy skini ćwiczą w Małkini
Kiedy widzę ich jak oni ćwiczą razem
Chciałbym być jednym z nich
(Kuba Sienkiewicz)