od początku

sobota, 9 lipca 2011

popołudnie w Moherii

... a właściwie wieczór.

Przeczytałam sobie komentarze. Ucieszyłam się. Rozkminiłam, że na tym tu blogspocie, inaczej niż gdzie indziej, komentuje się zwrotnie u siebie, a nie u tego, kto komentarz zostawił. Czyli jak się chce wiedzieć, co kto myśli o twoim komciu, to się trzeba nabiegać. Nie szkodzi, tylko coś łatwo przeoczyć.

Kontynuując wątek wyluzowany: a może blog o życiu? a może o kotach? (w końcu są blogi o kotach). A może blog KULINARNY?

Jakoś się to wiąże z ogrodem, bo wyszłam do ogrodu, i o:






DOJRZAŁY. Skoro wiśnie, to clafoutis. Skoro porzeczki, to kompot (fajnie będzie wyglądała fotka na moim nowym wątku kulinarnym, w szklance z różowego bąbelkowanego szkła, z kostką lodu, w przechodzącym świetle). Zboczenie Mohera daje znać o sobie, kiedy sobie uświadomimy, że posadził porzeczki tak, żeby przez ich owocki przechodziło zachodnie światło... przezierne porzeczki.

CLAFOUTIS:

umyte wiśnie rozkładamy w naczyniu do zapiekania (tak z pół kilo się mieści):

(dobrze idzie)
i zalewamy naleśnikowatym ciastem z trzech roztrzepanych jajek, pół szklanki cukru, pół szklanki mąki, półtorej szklanki mleka, szczypty soli:

pieczemy w 180 stopniach, aż się upiecze, czyli około 50 minut. Ciepłe posypujemy cukrem pudrem i zjadamy szybko całą blaszkę, bo efekt końcowy w postaci nędznego zakalca (ale taki ma być) nie nadaje się do pokazania.
Sama nie wiem, czy wole clafoutis z wiśniami (socyste), czy z czereśniami (sprężyste).

Kompot też został wypity, zanim nastało "dobre światło". I tak wątek kulinarny szczezł w zarodku, co nie powstrzyma mnie przed dzieleniem się od czasu do czasu pomysłami na pięciominutowe omnomnomnom. 

W ogrodzie spotkałam ponadto:


jednego tygrysa,


dwie ponure damy,



chmurkę różowego zapachu,


i widok pt. "nie- wiadomo- wco- ręce- włożyć".

Jutro wybieram się do Kruczej Doliny, więc nie spodziewajcie się, że odpuszczę sobie indoktrynację ochroniarsko- przyrodniczą i tony łąkowych zdjęć. A pojutrze, jak nie padnę, na wycieczkę do Bad Muskau- Mużakowa. To taka zajawka dla przyszłych czytelników;-]

Pozdrówka, Megi.


7 komentarzy:

  1. To był najkrótszy blog kulinarny. Treść została w sposób dosłowny, wchłonięta przez autorkę. Ale zdążyliśmy się dowiedzieć, że o szybkości wchłaniania decyduje światło i wydolność fotograficzna potraw.
    Ja jestem zachwycona przeziernymi porzeczkami! Prawą (czyli lewą) ponurą damą i mantrowym mniam mniam!
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdraszczam wycieczek i z niecierpliwością czekam na tonę zdjęć z opisem :DDDDDDD
    A "placek" już próbowałam - świetny !!!!
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  3. Popołudnie takie apetyczne dość :)
    U mnie porzeczki dojrzewają, chyba będę kompoty z nich gotować :)Czereśnie właśnie dojrzały i stoi z nich nalewka.

    OdpowiedzUsuń
  4. :-)))
    wycieczka do Kruczej była OWOCNA w zdjęcia. Teraz pada pada pada... jak nie przestanie do dziewiątej, to poszczę (piszę posta), a jak nie, to do Muskałowa!
    Talibra- a nalewa z porzeczek będzie?;-]

    OdpowiedzUsuń
  5. Hello, Megi!
    Mmm... this berry tart looks delicious...
    I love those funny cats pics.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciastka z przyjemnością bym spróbowała tygrysa pogłaskała. Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  7. Z porzeczek czerwonych jeszcze nalewki nie robiłam, z czarnych tak. Może kiedyś spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń

napisz, to miłe! dziękuję!
(moderuję komentarze do starszych postów :-)