od początku

sobota, 19 października 2013

podróż przez dzień

No tak, do szkółki roślin po prostu wybraliśmy się z Agą i Radim w sobotę (byłą).
Ale po naszym Dolnym nie da się tak po prostu.
Wycieczka do szkółki staje się podróżą, a podróż przez jeden dzień jest jak ta przez życie, z jego odcieniami i wzruszeniami.
Tysiąc pińcet razy kusiły nas krajobrazy.
Najpierw te, w których żyła kurka.
 To Srebrna Góra w oddali.
 Następnym razem zamierzam być bardziej asertywna i spontaniczna, bo chcę zobaczyć dekoracje bloga kurki, przejść się kasztanową aleją, zajrzeć nad stawek z traszkami, z pagórka spojrzeć na Mariolkowo.
Za chwilę zatrzymały nas widoki nieco wyżej, nad Silberberg.
 W tym roku, po pochmurnym i wilgotnym wrześniu, lasy nie barwią się tak spektakularnie, jak rok temu.
Ale i tak jest pięknie, widać całą półnagą urodę klonów i buków, i sens istnienia drzew iglastych (oczywiście sens w znaczeniu dekoracyjnym, kontrast ich strzelistych, ciemnych sylwetek z barwami i pokrojem liściaków podnosi walory i jednych, i drugich. Tak w lesie, jak i w ogrodzie, 30% iglaków w zupełności wystarcza.)
 W swoim czasie biegła tędy kolej sowiogórska, zapierająca się zębatym kołem o trzecią, wewnętrzną zębatą szynę podczas wspinania się pod górkę.
 Teraz tylko korniki (?) rzeźbią meandry i runy.
A później zgłodnieliśmy.
Jednakowoż w Leśnym Dworze, czyli Waldgucie;-))), nie zdążono uwarzyć strawy.
Jednakowoż polecam, mimo niedoróbek stylistycznych;-p
Bo Waldgut na Przełęczy Woliborskiej znam nie od dziś, widziałam, jak się zmieniał.
Potomkowie dawnych mieszkańców- nie tego konkretnie miejsca, ale okolic- na emeryturze wrócili do hajmatu, powoli, krok po kroku restaurują, nie idąc na kompromisy, okazały budynek.
Wszystko, od tynków, przez okna, jedzenie i obrusy jest tu PRAWDZIWE i pragmatyczne.
Dlatego i parkiety z lat 70tych uznaję za celowy zabieg stylistyczny (to tak jak u mnie, plus parapety i schody z lastrika, i malowane na olejno drzwi z paździerza, i tak ma zostać).
Teren za dworem jest rozrzeźbiony w tarasy, jako że właściciele prowadzą camping. Stanowiska rozdziela zieleń, bezpretensjonalna i bujna.
Skoro nie jedzenie, to szybka kawa i jedziemy dalej.
Ale tam szybka. Nie w Nowej Rudzie.
W Neurode bowiem funkcjonuje Biała Lokomotywa, o której czytałam u kurki, i od Agaty słyszałam, trzeba było sprawdzić.
Dwie godziny trzasło na tę małą kawę.
Bo tak.
Najpierw pan Leszek Kopcio, właściciel, zaprowadził swoje porządki ("proszę oddać okrycie, ja tam powieszę, nie lubię takiego dziadostwa, proszę uważać i nie porysować mozaiki, to robiła artystka z BRAZYLII, jak przyjdzie większe towarzystwo, to ja państwa PRZESADZĘ").
Następnie, zamiast podać kartę z cennikiem, przynudzał o rodzajach kawy (btw, karty nie ma).
Wreszcie powiedział, że zrobi nam kawę wg własnego pomysłu.
Oczywiście u ludzi bardziej przywiązanych do kanonu "klientnaszpan" takie cóś może wywołać szok.
Aga była raczej porażona zamachem na przedłużenie własnego ja (znaczy okrycie).
Radi jej towarzyszył w solidarnym fochu.
Tym bardziej mnie rozbawiło, jak szybko rozpłynęli się pod wpływem kawy.
...
bo to była KAWA.
Moja- miała być po prostu czarna.
Dostałam siekierkę- espresso z 14 g kawy, a na nim surprise, surprise! surogat z żołędzi ubity na piankę z masłem, na słodko. Plus lodzik. Lodzik mangowy, tzn. zmiksowane i zamrożone mango po prostu.
Aga dostała białą kawę. Czyli z wanilią, śmietanką, kwiatkiem z malin w gorzkiej czekoladzie i porzeczkami utrwalonymi w kisielu. Plus lodzik waniliowy.
(widzicie, jaka szczęśliwa? I jaka siedemnastoletnia?)
Kawa Radka oscylowała nad kompotem z guawy, przykryta czymś spienionym. A lodzik śmietankowy, chyba.
Po drodze dowiedzieliśmy się, jak wybrać dobrą kawę (Arabica ze środkowych szerokości geograficznych), jak ją przyrządzać w domu (funkcjonujące u nas w domu liczne kawiarki, zwane kafetierami, wymiatają), ile zarabia się na kawie niskiej jakości (900% zysku dla jakiegoś starbaksa albo kofihev'n, tak podejrzewałam), dlaczego nie należy pijać kawy azjatyckiej ("czy ktoś je hipopotamy?"), co to znaczy barista ("barista to jak kombajnista").
w centrum klasyczne kafetiery;-)
W pewnej chwili lokal zapełnił się, teatr jednego aktora nabrał rozmachu, ludzie ożywieni kofeiną wymieniali suchary ("może mały szybki lodzik?"- "eee, mały szybki to może nie", "wstań i chodź"- to, niestety, o człowieku z porażeniem mózgowym, co się napił był kawy;-))
Kiedy w końcu doprosiliśmy się o rachunek, pan Leszek bez mrugnięcia rzekł: dwieście złotych, a my byśmy bez mrugnięcia zapłacili (za taki szoł!), ale okazało się, że to kolejny suchar, a kawa kosztuje 15 zł.
Lodzik gratis;-p
Na stole leży kalkulator, za pomocą którego pan Leszek wykazywał nam niegodziwość kawowych koropracji.
Cóż.
Nawet jak nie pijecie kawy, to jest dobra herbatka (ale szkoda byłoby ją tu pić!).
I lody całkowicie naturalne, przedwojenne.
Pytanie od pana Leszka:
- Jak państwu smakują lody takie same od 1978? (bo to prawda, od wtedy są.)
Ja: - smakują jak w siedemdziesiątym piątym! (rozczulona wspomnieniem cukierni na Sokolej, do której chodziłam po szkole, i śmietankowe lody były, ach... śmietankowe.)
Oni, klienci: - to chyba w ŁONIE MATKI pani te lody smakowała!!! (kąplemęt?)
Ja: - eee... dziękuję (ja, dobry rocznik 64.)
Oni: - sama pani chciała!!! (kolejny kąplemą???)
***
Podróże kształcą.
Biała Lokomotywa ma kontrowersyjne recenzje (głównie jednak dobre), właściciel bywa nazywany burakiem, któremu słoma z butów wychodzi, a w dodatku nie lubi dzieci.
(no, ja też nie przepadam;-p)
No i co z tego.
Podróż jest doświadczeniem, na które się otwieramy.
Podróż nie wymaga kontroli.
Podróż każe nam płynąć z prądem.
Próbuję, uczę się, wychodzi.
Z radością wrócę do Białej przy najbliższej okazji, jak będę w Langenbielau np.
Choćby po to, żeby usłyszeć kolejną wersję opowieści o Białej Lokomotywie, tej albo tej, a może jeszcze innej.
***
Nowa Ruda to miasto z czerwonego piaskowca, w którym krowy fruwają nad dachami, miasto powstałe na kopalniach, których już nie ma, miasto byłego dobrobytu i opowiadania Olgi T. (ale którego???)
Klasyka naszego równania do Unii- odpierdzielony na bananowo ratusz (a nie mógł zostać po prostu szary, komu to przeszkadzało?), kamieniczki w palecie chemicznie pastelowej, ze styropianowymi stiukami, a za rogiem rynku wszystko się wali i rozpada, jako się rozpadało. Brrr.
zamek Stillfriedów
***
Zatem do Radkowa zbliżyliśmy się w porze mocno popołudniowej.
I nie mam już tzw. szwungu, aby męczyć was opowieścią o szkółce.
... czyż to nie była CUDOWNA PODRÓŻ?
Była.
Jedna z wielu (bo w niedzielę wybieram się do Rabischau, miałam jechać na cały weekend, ale wyszło, że nie wyszło).
Z Agatą i TP.
Fajnie jest mieć z kim i dokąd.
Jeżeli ktoś pamięta wycieczki z Edit, to może zapytać, co się stało.
Otóż.
Edit chwilowo zajęła się home stagingiem, na tyle intensywnie, że wydaje jej się, że nie ma czasu.
Na jeżdżenie, na ogarnianie ogrodowych kursów, na kawę.
Przedwczoraj miała czas na wino, co dowodzi, że nie jest jeszcze całkiem stracona.
Tym bardziej, że spontaniczności jej nie brakuje, choćby w prowadzeniu budowy;-)))
Może ktoś kupi mieszkanko w Wałku? (Waldenburg)
Ciekawe, że rynek to NIE JEST dobra lokalizacja. Ot, Wałek.
Mam w ogóle dużo do powiedzenia o efektach Majki w ogródku i innych takich, ale na razie
pozdrówka, Megi.

13 komentarzy:

  1. No i znowu odnalazłam Twój nowy post w archiwum.
    Cudowną miałaś wycieczkę. W jesiennym słońcu , w jesiennych kolorach wszystko wygląda inaczej- cieplej, piękniej, urokliwiej.
    Ślicznie wyglądają zadrzewienia śródpolne i pośród nich rozlokowane domy.
    Nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby móc znaleźć całe mnóstwo ciekawych miejsc i spotkać ciekawych ludzi.

    Dobrze jest wyrwać się z miasta, urwać od codzienności, jeżeli tylko można i nic nie trzyma.....nie ma ograniczeń.

    Co znaczy kunszt przyrządzania kawy i do tego wykład, która z kaw jest najlepsza !
    Myślę, że Pan powinniem wywiesić informację, kto jest autorem owej cennej mozaiki. Oświeceni kawosze zważaliby na owe cenne dzieło.
    W końcu nie wiem - Czy kawa do końca Wam smakowała ?
    Czekam na opowiadanie o efektach w ogródku.

    OdpowiedzUsuń
  2. no tak, znowu się nie wyświetla aktualizacja:-(
    Dobrze, że słońce pokazało się choć na chwilę.
    Kawa była dobra (ale dobrą to i ja robię, bo nie kupuję niemieckich szitów), mocna (jak z całej kafetiery), a te żołędzie niebiańsko pyszne. Pozostałych kaw spróbowałam, też dobre.

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślałam, że góry Sowie są takie sobie. Mniej, niż bardziej. A one są .... !
    Coś mnie tam przyciągało myślowo, jak pisałam o małych miasteczkach w górach Sowich, których nigdy nie widziałam, ale je sobie wyobrażam.
    Oj Megi, super reportaż o kawie! Jadłaś już wcześniej żołędzie?

    OdpowiedzUsuń
  4. rewelacyjna podróż, zdjęcia i klimat - zazdroszczę okolic ....ciepło pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś ogladałam program, w którym przygotowywano żołędzie do spożycia; zostały utłuczone na miazgę, a potem zanurzone w płótnie w bystrej wodzie potoku, która miała za zadanie wypłukać jakieś tam niedobre rzeczy; a potem piekli na ogniu dębowe placuszki; spróbowałabym, jak smakują ... orzechowo? ach, ten zielony piec w kącie, ach! ach! pozdrawiam bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Megi Ty to masz jednak MegiHiperFajnąRobotę. Se pojeździsz i se pozwiedzasz i se jeszcze potem takiego arcyfajnego posta możesz skonfigurować. :-) A o tej Białej Lokomotywie to my słyszeli aż... w Bieszczadach od takich jednych ludzi. Zatem sławne jest to miejsce. :-)
    pozdrowienia gorące

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne zdjęcia, nie tylko widoki - sposób ujęcia i technika taka bezpretensjonalnie piękna!
    Nie jestem kawoszem, ba, w ogóle kawy nie piję, i nie umiem robić, nie rozróżniam, nie zam się,więc kupuję mieloną arabikę w tchibo dla gości.Można zrobić Filterkaffee, można i po turecku Mąż sobie jakoś radzi sklepową zwykłą:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękne zdjęcia, takie całe przesycone jesienną aurą :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Podróż cudowna. Mówiłam już żeś w czepku rodzona. W Rabishau byłam w niedzielę, alem się była pogubiła, a telefoniczny aparat odmówił posłuszeństwa (zablokowała mi się klawiatura, netu nie miałam). Było pięknie. Umieram z zazdrości. Byłam za to u koników w Mlądzu. Było cudnie. I jeszcze chcę i jeszcze.
    Megi, TY jesteś młoda laska. Buziaki ślę

    OdpowiedzUsuń
  10. Podróż za jeden uśmiech:) Kawowy reportaż jest ekstra! Zmielone żołędzie...no muszą być ciekawe w smaku, bo wyglądają ekstra. tak piankowo. Co do reszty kaw rozanielona twarz Agi mówi sama za siebie:) Piękne jesienne kadry, nie muszę dodawać, że pękam z zazdrości:) Jadę codziennie przez WPN i mijam grzybiarzy wychodzących z podświetlonej słońcem mgły...chyba strzelę sobie WAGARY:)

    OdpowiedzUsuń
  11. W Nowej Rudzie ratusz nigdy nie był szary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co najmniej poszarzały ;-) mam zdjęcia z 2010, nie znajdę jednak teraz, żeby sobie przypomnieć...

      Usuń

napisz, to miłe! dziękuję!
(moderuję komentarze do starszych postów :-)